Polish Art World - Polska Sztuka w Świecie
Strona główna · Artyści · Galerie autorskie · Galerie · Domy Aukcyjne · Kolekcje · Publikacje · Aktualności · Ogłoszenia

ARTYŚCI Dorys & Czapliński


Benedykt Jerzy Dorys (1901-1990)


 


Benedykt Jerzy Dorys (właściwie Rotenberg) urodził się w 1901 r. w Kaliszu, a zmarł w 1990 r. w Warszawie.
     Fotografował amatorsko od 1914 r. W latach 1925-29 działał w Polskim Towarzystwie Miłośników Fotografii. Jego prace eksponowane były od 1927 r., a pierwsza indywidualna wystawa odbyła się w 1930 r.
     Rok wcześniej w Alejach Jerozolimskich 41 w Warszawie otworzył atelier fotograficzne, przez które przewinęła się elita towarzyska Warszawy (aktorzy, artyści, dyplomaci). W okresie międzywojennym zdjęcia jego autorstwa pojawiały się także w prasie. W 1939 r. brał udział w obronie Warszawy. W wyniku działań wojennych jego atelier uległo zniszczeniu.
     Nowe studio otworzył w 1946 r. przy ul. Nowy Świat 29. Prowadził je do połowy lat 80. już jako Benedykt Jerzy Dorys (nazwisko zmienił w czasie II wojny światowej).
     Należał do grona założycieli Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF, 1946 r.). Był wieloletnim członkiem i przewodniczącym Komisji Artystycznej Związku, a od 1961 r. członkiem honorowym. W 1968 r. otrzymał tytuł „Honoraire Excellence” (FIAP).
     Benedykt Jerzy Dorys przeszedł do historii również jako twórca cyklu zdjęć  pt. „Kazimierz nad Wisłą” (1931-32), pokazanego publicznie dopiero 30 lat później i okrzykniętego pierwszym polskim fotoreportażem. Do dziś pozostaje jednym z najważniejszych osiągnięć polskiej fotografii dokumentalnej początku XX wieku. Od końca lat 70. „Kazimierz nad Wisłą” prezentowany był na najważniejszych światowych wystawach polskiej fotografii (Nowy Jork 1979, Paryż 1980/81 i 1992), jako unikalny dokument czasów. Bo przecież Benedykt Jerzy Dorys artystycznie, a jednocześnie reportersko, „sportretował” życie małego polsko-żydowskiego miasteczka wraz z jego mieszkańcami, sklepami, ale też biedą i brzydotą.
     Był laureatem nagrody Ministerstwa Kultury w latach 1960, 1973,1975, działaczem Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego oraz Sekcji Fotograficznej ZAiKS.
Jego prace znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz w Warszawie w Bibliotece Narodowej, Instytucie Sztuki PAN, Muzeum Teatralnym i wielu zbiorach prywatnych.

O Benedykcie Jerzym Dorysie
rozmowa z prof. Ludwikiem Dobrzyńskim

—Czesław Czapliński: Jakie są Pana koligacje z Benedyktem Jerzym Dorysem?
Ludwik Dobrzyński: Był moim wujem, mężem rodzonej siostry mojej matki.

—Cz.Cz.: Znane są Panu dobrze dzieje Dorysów?
L.D.: Niestety, nie mam wielu informacji na ten temat. Po drugiej wojnie światowej, która była czasem zagłady dla całych rodzin żydowskich, zazwyczaj nie chciano wspominać tamtych lat, może dlatego by nie wywoływać duchów, a może by szybciej zapomnieć o swoich korzeniach. Benedykt Jerzy Dorys na pewno nie miał rodzeństwa. O ile pamiętam, jego ojciec był zegarmistrzem w Kaliszu, natomiast o jego matce nic nie wiem. Pamiętam jedynie jej fotografię (prawdopodobnie jest jeszcze w moich archiwach). Powraca obraz dostojnie wyglądającej matrony z siwymi włosami, gładko zaczesanymi i upiętymi w kok.

—Cz.Cz.: Benedykt Jerzy Dorys urodził się w Kaliszu i tam spędził młodość. Czy wie Pan coś o tym okresie?
L.D.: Z racji mojego wieku (urodziłem się w 1941 r. na Syberii) nie mogę pamiętać okresu kaliskiego, choć właśnie z tego miasta pochodzi cała moja rodzina. Z tego co wiem, Benedykt Jerzy Dorys w tamtych latach nie reprezentował żadnych poważnych walorów. W czasach inwazji bolszewickiej wcielono go do armii. Został ułanem. Do końca życia wspominał przepiękny mundur, a że był bardzo przystojny, musiał robić niezłe wrażenie wśród dam... Ale jego kariera żołnierska skończyła się dość szybko. Koń trafiony szrapnelem dosłownie rozpadł się na pół. Wuj ciężko ranny dość długo wracał do zdrowia. Konsekwencje postrzału okazały się nieodwracalne. Po wyjściu ze szpitala o żadnym dalszym udziale w walkach nie mogło być mowy. Gdy po tych przejściach wrócił do Kalisza, był w zasadzie „nikim”: młody, bez pracy, zdemoralizowany wojną.

—Cz.Cz.: Swoją przyszłą żonę, a Pana ciotkę, poznał właśnie w Kaliszu?
L.D.: Wiem, że wuj pojawił się we wczesnej młodości mej ciotki jako piękny i chyba niezbyt garnący się do nauki młodzian, który kompletnie zawrócił jej w głowie. Ciotka była mało efektowną pannicą, wychowywaną w tradycyjnym stylu mieszczańsko-inteligenckim, uczyła się gry na pianinie, nawet kończyła edukację muzyczną pod kierunkiem Marii Wiłkomirskiej. Pewnie spotkali się dzięki muzyce, bo wuj w tym czasie uczył się gry na skrzypcach pod kierunkiem samego Alfreda Wiłkomirskiego. Dziś to nazwisko niewiele mówi, wtedy jednak był uważany za wybitnego pedagoga i wirtuoza skrzypiec.
W każdym razie, w opinii rodziców ciotki, a moich dziadków, młodzian był niezłym ladaco i niewart ręki córki. Jak twierdziła moja mama, dziadek po prostu zrzucił ze schodów takiego kawalera. Wuj jednak potrafił wywrzeć silny wpływ na decyzje swej lubej. Ciotka uparła się, a że była „oczkiem w głowie” rodziców – finał był do przewidzenia.


— Cz.Cz.: Czym zajmował się wtedy młody Dorys?
L.D.: Podobno już wtedy zaczęła pasjonować go fotografia i nawet skonstruował swój pierwszy aparat – była to tzw. camera obscura. Ponieważ potrafił grać na skrzypcach (nie wiem, czy ukończył średnią szkołę muzyczną), po przeniesieniu się do Warszawy został zaangażowany do orkiestry, która akompaniowała w kinie „Palace” do niemych filmów Z tego co mówił, repertuar takiej orkiestry był, że „ho, ho!” włącznie z  „Pierścieniem Nibelungów” Wagnera. Forsowna gra na skrzypcach spowodowała kontuzję ręki. W związku z tym musiał pomyśleć o nowym zawodzie. Jak się okazało, jego talent objawił się w fotografii.

— Kiedy i dlaczego przeniósł się do Warszawy?
L.D.: Nastąpiło to około 1925 r. Wuj był zakochanym młodym fotografem (słowo „fotografik“ nie było jeszcze wtedy używane), który pojechał do Warszawy za swą narzeczoną Halusią. Ciotka studiowała w Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w klasie fortepianu prof. Józefa Śmidowicza. Myślę, że niezależnie od porywów serca, czuł się jednak bezpieczniejszy będąc z dala od przyszłych teściów.

—Cz.Cz.: Właśnie w Warszawie otworzył pierwsze studio fotograficzne. Jak do tego doszło?
L.D.: W 1926 r. miał już pewne doświadczenia zawodowe i wstąpił do Polskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii.  Dzięki ówczesnym mistrzom (Marian Dederko, Klemens Składanek i inni) mógł doskonalić swą wiedzę i technikę fotograficzną. Własne studio „Foto Dorys“ otworzył dopiero po pierwszych sukcesach, osiągniętych w ramach Polskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii, ale także na polu międzynarodowym, które pojawiły się w 1927 r. Ponieważ niezależnie od zdolności artystycznych ówczesne prawo wymagało zdobycia specjalnych rzemieślniczych uprawnień do prowadzenia własnej firmy, jej założenie musiało nastąpić około 1928 r. Samo studio mieściło się w Alejach Jerozolimskich 41 na rogu ulicy Poznańskiej.

—Cz.Cz: Dorys faktycznie nazywał się Rotenberg. Kiedy zmienił nazwisko?
L.D.: Jeszcze w maju 1929 r. pisano o nim Rotenberg, ale w tym samym roku w miesięczniku „Naokoło Świata“ pojawiła się seria fotografii już z podpisem „foto Dorys“. Brakowało natomiast słynnego znaku graficznego opracowanego przez Tadeusza Kulisiewicza – przyjaciela wuja, znakomitego grafika. Nie wiem, w którym momencie nastąpiła formalna zmiana nazwiska. Mogę się tylko domyślać, że było to już po zdobyciu sławy fotografika-portrecisty, a zarazem przed wojną, bo w późniejszych dokumentach wszędzie widnieje nazwisko Dorys. Na taki układ zdarzeń wskazuje również i to, że w czasie drugiej wojny światowej wuj ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – Roszczyk, bo Niemcy doskonale musieli wiedzieć, że nazwisko Dorys też nie jest prawdziwe.

—Cz.Cz.: Pana wuj opowiadał mi, że jego pierwsze warszawskie studio było bardzo awangardowe jak na tamte czasy – w czerni i bieli.
L.D.: Z jego wspomnień można wywnioskować, że nie tylko miał pomysł na najdroższy zakład fotograficzny w Polsce (cena zawsze przyciąga snobów), ale także posiadał fantastyczne wyczucie aranżacji wnętrz. To nie była tylko kwestia wykorzystania białych i czarnych sześcianów, doskonałych do kompozycji. Przecież wuj otworzył razem z fotografem Eugenią Sołowiejczyk studio „Baby-Dorys“, w którym wystrój był kolorowy, a w licznych schowkach, sześcianach i szafeczkach znajdowały się różne zabawki. Dziecko nimi zajęte nie zauważało, kiedy było fotografowane. Niestety niewiele takich portretów przetrwało do dziś. Oprócz wyczucia estetyki i funkcjonalności wnętrza, wuj wykazał się zdolnościami marketingowymi. Przykładem może być coś w rodzaju książeczki w czerwonych sztywnych okładkach, w której były sklejone w harmonijkę zdjęcia-portrety przypominające pocztówki. Dopiero po odwróceniu zdjęcia widać było, że są to rzeczywiście pocztówki przystosowane do wysyłania. Dodatkowo u dołu każdej z nich   widniały informacje o różnych firmach np. specjalizujących się w papierach i materiałach fotograficznych. Tak więc były to pocztówki, które spełniały podwójną rolę reklamową.  Istotnie, zmysłu handlowego nie można było wujowi odmówić.

—Cz.Cz.: Słyszałem również, że jedna z pierwszych klientek, którą fotografował, została pierwszą Miss Polski, a zdjęcie autorstwa Dorysa zamawiały wszystkie znane sklepy w Warszawie, by mieć je na wystawie.
L.D.: W tamtych czasach konkurs Miss Polonia odbywał się wyłącznie na podstawie fotografii. Zgłaszane zdjęcie przesądzało o wszystkim, więc musiało być jak najlepsze. Klientką, o której mowa, była Władysława Kostakówna.  Nie mogła raczej ulec sławie studia Dorysa, bo wtedy ten pseudonim nikomu nic nie mówił. Prawdopodobnie po prostu weszła do ekskluzywnie wyglądającego zakładu fotograficznego. Gdy wuj dowiedział się jakie są powody tej sesji, to stwierdził, że w tym w czym przyszła nie będzie efektownie wyglądać. Postanowił ją więc nieco rozebrać. Wysłał żonę po zakup białego tiulu, potem kazał dziewczynie odsłonić ramiona i trochę przysłonił je tym tiulem. W taki to sposób z dziewczyny zrobił  się, jak byśmy dziś powiedzieli, „kociak”. Zdjęcie posłała Kostakówna na konkurs i wkrótce zawiadomiono ją, że została najpiękniejszą Polką. Po tym sukcesie jej zdjęcie można było zobaczyć w wielu miejscach, m.in. w witrynach ekskluzywnych sklepów. A fotograf, który potrafił ze stosunkowo niepozornej dziewczyny uczynić Miss Polonii, zyskał natychmiastową sławę i wzięcie.
Wygrana Władysławy Kostakównej została później zdublowana przez zwycięstwo Zofii Batyckiej w kolejnym konkursie Miss Polonia – również na podstawie zdjęcia autorstwa Dorysa. Po tym sukcesie wuj nie musiał się więcej troszczyć o reklamę swej firmy.

—Cz.Cz.: Krążą legendy, że pozycja Dorysa przed wojną była tak silna, że gdy nie umówiony przyszedł do jego studia marszałek Edward Rydz Śmigły, to został odesłany z kwitkiem?
L.D.: Tak, to prawda. Aż trudno uwierzyć, ale powodem odmowy był ... wyjazd wuja na wakacje.

—Cz.Cz.: Pamiętam jak Dorys udzielał mi rad biznesowych. Mówił: „to czy ktoś jest najlepszy artystycznie, to zawsze jest dyskusyjne, ale czy ktoś jest najdroższy czy nie, to wiadomo — ja byłem najdroższy i też, to Panu radzę”. No właśnie, jak było z jego zarobkami?
L.D.: Rzeczywiście klientom przychodziło płacić niebagatelne sumy za fotografie. A jednak z tymi zarobkami wcale nie było tak dobrze, bo po pierwsze wuj przyjmował bardzo niewielu klientów dziennie, a  po drugie miał zawsze wielkie ambicje artystyczne, więc musiał mieć czas na pracę nad nadaniem portretom indywidualnego charakteru.  Poza tym uczestniczył w życiu artystycznym Warszawy, bywał na koncertach, w teatrach, przyjmował u siebie gości i ich rewizytował – to wszystko wymagało czasu i pieniędzy. Również czynsz w centrum Warszawy był wysoki, więc to co mu zostawało było zarobkiem względnie dużym, ale bogacza z niego nigdy nie zrobiło.

—Cz.Cz.: Czy wie Pan gdzie przebywał i czym zajmował się w czasie drugiej wojny światowej?
L.D.: Wiem, że brał udział w walkach o Warszawę, potem dostał tzw. propozycję nie do odrzucenia, aby sprzedać zakład fotograficzny. Volksdeutsch, który tę ofertę złożył był też fotografem. W 1940 r. wuj trafił do getta, które jeszcze przez jakiś czas żyło podwójnym życiem, tym – z umierającymi z głodu ludźmi, i tym – z działającymi restauracjami, teatrem, czy zakładami fotograficznymi, w których prace zamawiali nawet Niemcy. W getcie wuj zajmował się w dalszym ciągu fotografią. Niemcy przynosili mu też swoje filmy do wywołania i zrobienia odbitek, na których było wiele kadrów z getta. Ich kopie wuj kierował do organizacji podziemnej. Jak mi mówił, to, co widział w getcie, spowodowało, że nabrał awersji do surrealizmu jako nurtu w sztuce.

—Cz.Cz.: Jak udało mu się przeżyć?
L.D.: W 1942 r. wuj został wyciągnięty z getta i do końca wojny ukrywał się pod nazwiskiem Roszczyk. Pomogła mu kobieta działającą w podziemnych strukturach AK. Z jej osobą wiąże się interesująca historia. Otóż jej mąż trafił jako oficer Wojska Polskiego do niemieckiego oflagu. W tym czasie ona nawiązała romans z bardzo przystojnym, młodym adwokatem, który po wojnie stał się jednym z bardziej znanych przedstawicieli warszawskiej palestry. Gdy mąż dowiedział się o tym romansie, popełnił w obozie samobójstwo. Wszyscy odwrócili się od niej. Zdradzenie człowieka zniewolonego nie mieściło się w żadnych kanonach etycznych. Wuj również bardzo ostro potępiał tę sytuację, nie zapomniał jednak o swoim długu wdzięczności i nie zerwał z nią całkowicie stosunków towarzyskich. Wkrótce po wojnie wyszła za swego ukochanego, a gdy po latach zmarł i ona została sama (w dodatku choroba unieruchomiła ją w domu), wuj codziennie telefonował do niej, dopytywał się o zdrowie. ale przede wszystkim podtrzymywał ją na duchu. Był takim jej Aniołem Stróżem. Nigdy nie zmienił zdania na temat wojennego romansu, a jednak jego postawa była do końca bardzo konsekwentna w tym codziennym rytuale. Zresztą taka konsekwencja cechowała go we wszystkich działaniach, również dotyczących jego samego.

—Cz.Cz.: Kiedy poznał Pan wuja osobiście?
L.D.: Było to po powrocie ze Związku Radzieckiego w 1946 r. Wszyscy, tzn. wujostwo wraz z moją mamą i ze mną, a także innymi członkami dalszej rodziny (nie wyłączając np. smarkatej wówczas Wandy Wiłkomirskiej), przebywaliśmy we wspólnym mieszkaniu brata ciotecznego mamy, niezapomnianego dr med. Jerzego Stanisławskiego, w centrum zburzonej Warszawy przy ulicy Widok 22. Ponieważ ówczesna władza przyrzekała, że osoby, które własnym sumptem zbudują mieszkania otrzymają prawa ich własności, wuj zapożyczył się i sfinansował mieszkanie-atelier fotograficzne na Nowym Świecie.  Zamieszkał tam bodaj w 1948 r. i tam pozostał do końca swych dni. Nie muszę dodawać, że władza ludowa nie dotrzymała obietnic i takie mieszkania przeszły w zarząd gospodarki komunalnej.

—Cz.Cz.: Wspomniał Pan Wandę Wiłkomirską, czy była spokrewniona z Pana rodziną?
L.D.: Nasze rodziny znały się jeszcze z Kalisza. Wiłkomirscy prowadzili tam szkołę Towarzystwa Muzycznego, do której chodziły obie Pregerówny, a więc moja mama i ciotka, a także wuj. Kalisz był starym, niedużym miastem z wielkimi tradycjami kulturalnymi. Wszyscy się tam świetnie znali i przyjaźnili, a pasje muzyczne na pewno sprzyjały zadzierzganiu bliższych kontaktów. Niemniej jednak wydaje mi się, że ta bardzo bliska przyjaźń wujostwa z całą rodziną Wiłkomirskich nastąpiła dopiero po drugiej wojnie światowej.  Wtedy nawet przypadkowe spotkania ze znajomymi, o których nie wiedziało się, czy przeżyli, wywoływały napływ serdecznych uczuć, dających początek późniejszym przyjaźniom. Pamiętam wiele spotkań z Marią, Kazimierzem, Wandą i Anielą (uroczy wyrodek, bo plastyczka) Wiłkomirskimi w mieszkaniu Wujostwa przy Nowym Świecie.

—Cz.Cz.: Jak zapamiętał Pan wuja z pierwszych lat po wojnie w zniszczonej Warszawie, patrząc z perspektywy małego chłopca? 
L.D.: Mieszkaliśmy wtedy jak w kołchozie (w jednym mieszkaniu było nas około 20 osób). W tym gronie – bliskich znajomych i rodziny – najbliższy był mi wspomniany już brat cioteczny mamy, cudowny i przemądry wujek Jerzyk. Nikt tak jak on nie przyczynił się do mojego rozwoju intelektualnego. Co do wuja Dorysa, pewnie pana rozczaruję, ale nie zawsze były to miłe wspomnienia. Wujostwo nie miało własnych dzieci, ale wuj miał silne przekonanie, że wie, w jaki sposób należy je wychowywać. Ja zaś byłem dość niesforny i w ogóle raczej słabo przewidywalny. Chyba dość mocno denerwowałem uduchowionego i arcykulturalnego artystę. Przyznaję, że zupełnie nie pamiętam krótkiego okresu mieszkania pod wspólnym dachem przy ulicy Widok, ale za to często wspominam lata 50., gdy chodziłem do szkoły przy ulicy Kopernika. W tamtym okresie wujostwo dożywiało mnie, a to znaczyło więcej niż tylko obiad po szkole, bo byłem wtedy jeszcze bardziej „wiecznie głodny” niż niesforny. Uczestnictwo w tym rytuale posiłków musiało być więc dla wuja niezłą torturą. Dla ciotki ta sytuacja była znacznie bardziej komfortowa, bo próbowała przelać na mnie swoje niespełnione uczucia macierzyńskie. Musiała jednak czasem trochę je ukrywać przed mężem, który akurat dostawał kolejny dowód, że „z tego chłopaka nic dobrego wyrosnąć nie może” i retorycznie zapytywał: „Kto go wychowuje?!“.  Pomimo tych wszystkich zgrzytów, im byłem starszy, tym oko wuja coraz bardziej stawało się dla mnie życzliwe. Doskonale pamiętam, jak odkrywał przede mną tajniki ciemni fotograficznej i gdy kazał mi wołać: „chodź, chodź!“ do papieru zanurzonego w wywoływaczu, na którym nagle zaczynał wyłaniać się obraz. Pamiętam też magię czerwonego światełka nad kuwetami albo czerwieni przesączającej się przez boczną szybkę ogromnego, poziomego powiększalnika – cuda samego w sobie, które dziś jest w Muzeum Techniki w Warszawie. Widziałem również, jak krytycznie oglądał i komentował prace retuszerskie swej żony albo mojej mamy, którą zatrudnił u siebie, bo co tu kryć, nasza sytuacja materialna po wojnie była żałosna. Podsumowując, jako chłopiec patrzyłem na wuja z szacunkiem połączonym ze strachem przed jego surowością. Jednocześnie za zasłoną irytacji, jaką mogłem wywoływać swoim zachowaniem, wyczuwałem miłość. Towarzyszył mi też podziw nad artyzmem zdjęć, których jakość zapewniały jego niemal szamańskie ruchy nad papierem, na którym wykonywał odbitkę.
Jego stosunek do mnie zaczął się zasadniczo zmieniać, gdy poszedłem na studia i mogłem mu dowieść, że jestem coś wart. W miarę upływu lat nasz związek stawał się coraz cieplejszy, coraz serdeczniejszy, ale także i intelektualny.

—Cz.Cz.: Zaraz po wojnie, 10 lutego 1946 r. Benedykt Jerzy Dorys wraz z Janem Bułhakiem, Marianem Dederko, Janiną Mierzecką i Januszem Podoskim podczas zebrania organizacyjnego Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF) został członkiem Komisji Kwalifikacyjnej. To formalnie był początek ZPAF-u.
L.D.: Wydaje mi się, że wuj miał legitymację ZPAF-u z numerem 10. Zaangażował się w walkę o uznanie fotografii za dziedzinę sztuki, bo przedtem należał do cechu fotografów, czyli był – rzemieślnikiem. Dzięki Związkowi, który z założenia miał być organizacją elitarną, mógł używać tytułu artysta-fotografik. Oczywiście mogła temu towarzyszyć jakaś doza snobizmu, jednak traktował sztukę fotograficzną z wielką powagą i chciał, aby inni też tak ją odbierali.

—Cz.Cz.: Pod koniec lat 80. Dorys przekazał mi Pana adres mówiąc, że jest Pan godny zaufania i to właśnie Pan będzie miał dalsze prawa do jego prac. Musiał Pana bardzo cenić?
L.D.: Przede wszystkim mnie kochał i umiał to okazać. Nasze stosunki zaczęły się robić coraz serdeczniejsze, odkąd poszedłem na studia. Fizyka, którą wybrałem, chyba bardzo mu imponowała, bo sam interesował się tą dziedziną i bardzo wysoko cenił ludzi, którzy zajmowali się nauką. Moja postępująca systematycznie kariera naukowa, kontakty zagraniczne, publikacje – znaczyły, że ma w rodzinie kogoś, kto coś wie i potrafił do tego dojść ciężką pracą, nie wykorzystując żadnych tzw. układów. Jego szacunek do wiedzy przejawiał się również i w tym, że sam wiedział zaskakująco dużo, jak na człowieka bez studiów: było to wynikiem jego rozległych, choć nie zawsze pogłębionych, zainteresowań. Wuj wiedział, że jestem wrażliwy na sztukę i chyba wierzył, że nie zmarnuję jego dorobku, że będę strażnikiem jego spuścizny. Poza tym pewnie miał nadzieję, że przekazanie mi swoich praw autorskich wspomoże nas materialnie (mnie i moją żonę, którą kochał chyba jeszcze mocniej). Był wzruszający w chęci uczestnictwa w naszym życiu, szczególnie po śmierci cioci. Wtedy całą swą miłość przelał na nas. Nawet w ostatnim wywiadzie filmowym powiedział, że żyje dzięki temu, że jeszcze ma kogo kochać.

—Cz.Cz.: Pamiętam, że podczas rozmowy ze mną Pana wuj, wspominał swą zmarłą żonę i zadawał sobie pytanie, co by się stało, gdyby to nie ona wcześniej odeszła i gdyby miała kłopoty ze zdjęciami. Mówił też o jej grobie, przy którym stoi drzewo, ale gdy spadają liście, wiatr sam zwiewa je dalej.
L.D.: Ciocia umarła w 1981 r., dziewięć lat przed nim. Całe życie była nie tylko jego wierną i bardzo kochaną żoną, ale też całkowicie poddaną jego woli, więc w jakiś sposób niezaradną życiowo. Może więc miałaby istotnie kłopot z całym archiwum? A co do okazania miłości –  to nie tylko wybór kamienia, grobu i drzewa nad nim, ale to przede wszystkim stojąca na półeczce fotografia żony, przy której stawiał codziennie żywe kwiatki. Mówił, że całe życie kupował jej kwiaty i nie widzi powodu, aby po jej odejściu coś się miało zmienić. To oddanie było doprawdy wzruszające i na pewno nie na pokaz, bo komu też miałby swą miłość demonstrować – nam?

—Cz.Cz.: Czy wuj Pana fotografował?
L.D.: Tak, choć więcej zdjęć jest autorstwa cioci, która również była fotografikiem. Te zrobione przez wuja, najczęściej pochodzą z okresu, gdy byłem małolatem. Właściwie dopiero po tym pytaniu zorientowałem się, że wielu z tych zdjęć wuj nie sygnował, więc chyba miałbym trudności z udowodnieniem, że wyszły spod jego ręki. Na szczęście dość dobrze wyczuwam styl portretów wykonanych przez wuja i wiem, które z nich są na pewno jego.

—Cz.Cz.: Czy uczestniczył Pan w jakiejś sesji fotograficznej w studiu Dorysa?
L.D.: Tylko w sesji, w której sam byłem modelem. Widziałem też, w jaki sposób fotografował moją byłą żonę i córkę. Uczestniczenie w innych sesjach nie było możliwe ze względu na niezbędną intymność kontaktu fotografa z modelem. Wuj chyba nigdy nie dopuściłby do zakłócenia takiego procesu twórczego. Na ogół zaczynano od  posadzenia modela na specjalnie wykonanym taborecie obitym granatową materią (był on zrobiony jeszcze z opakowań, w których UNRRA przysyłała pomoc Polakom zaraz po wojnie). Następnie przygotowywano światła i dobierano ewentualne cienie na białym pergaminie ustawionym za modelem, który pełnił rolę ekranu. Potem wuj chował się za potężny aparat portretowy z dużym wysuwanym miechem i na lustrzance uważnie obserwował efekt ustawienia świateł, ostrość  itp. Wreszcie, gdy doszedł do wniosku, że wszystko jest jak należy, brał w rękę gumową gruszkę, służącą do cichego spustu migawki i podchodził do boku aparatu albo, przybliżał do modela, mniej więcej na równi z obiektywem. Przez cały czas prowadził niezobowiązującą rozmowę. Spust naciskał, gdy uznał, że twarz modela oddaje właśnie ten charakter, który chciał uzyskać. Model nawet nie rejestrował momentu, w którym wykonano fotografię. W trakcie takiej sesji nie powstawało wiele zdjęć. O ile pamiętam, zazwyczaj ograniczała się ona do sześciu ujęć, sześciu wymian płyt szklanych, na których wuj standardowo wykonywał fotografie.

—Cz.Cz.: Czy słyszał Pan wspomnienia wuja o ciekawych ludziach, których fotografował?
L.D.: Wuj miał szerokie kontakty ze światem artystycznym, a także, choć rzadziej, ze światem naukowym. Niejednokrotnie miałem okazję słuchać jego opowieści, nie tyle o samych ludziach, co o zdarzeniach, szczególnie tych artystycznych. Najbardziej utkwiła mi w pamięci relacja z sesji fotograficznej z marszałkiem Konstantym Rokossowskim, który bardzo chciał mieć portret wykonany przez Dorysa. Oczywiście marszałkowi nie odmawiało się, jednak wuj postawił swój obowiązkowy warunek, że sesja fotograficzna ma odbyć się w jego atelier na Nowym Świecie.  Na to z kolei nie chciała wyrazić zgody kancelaria marszałka. A ponieważ wuj się upierał, więc w końcu grzecznie wyjaśniono, że przyjazd marszałka na Nowy Świat wiązałby się z wykwaterowaniem niemal całego okolicznego kwartału. Wobec takiego dictum wuj ustąpił. Aparat, reflektory i inne precjoza zostały załadowane na ciężarówkę i zawiezione do siedziby marszałka vis-à-vis Belwederu. Gdy wuj przygotował zaimprowizowane atelier, wszedł sprężystym krokiem marszałek i usiadł na wskazanym mu taborecie. Pod ścianą dyskretnie ustawili się oficerowie ochrony. Nagle, tuż przed wykonaniem zdjęcia, rozległ się huk, błysk, posypał się kurz. Gdy opadł, wuj zobaczył przy ścianie tylko mundury, z których nie wystawały głowy, bo kolor twarzy oficerów dokładnie zlał się z jej kolorem. Rokossowski natomiast ani drgnął i cale wydarzenie przyjął ze stoickim spokojem. Z jego strony nie padł żaden komentarz. W ówczesnej sytuacji mogło się to jednak źle skończyć dla wuja, bo dał niemal ewidentny dowód, że miał jakieś ukryte zamiary, gdy chciał sprowadzić marszałka do swego studia. Jeszcze tylko raz wuj pozwolił na sesję poza własnym atelier, kiedy fotografował Edwarda Ochaba. Ponieważ było widać, że ta sytuacja dość mocno go stresuje, wuj poradził mu spokojnie:„Panie Premierze, niech Pan się odpręży, niech Pan ma wszystko w dupie!“. Podziałało.
 
—Cz.Cz.: Czy pamięta Pan retrospektywną wystawę Dorysa w Kordegardzie w 1960 r.? Ponad ćwierć wieku później, w 1986 r., Dorys pokazywał mi zasuszone kwiaty z wernisażu, które przywiózł z żoną osobną dorożką.
L.D.: Jakże miałbym nie pamiętać? – była to przecież pierwsza tak wielka wystawa fotograficzna, w której uczestniczyłem, w dodatku prezentująca prace mojego wuja. Tłum ludzi przewijał się przez Kordegardę. Uściski rąk, gratulacje i całusy, które wuj zbierał od pięknych kobiet (ależ mu zazdrościłem!) wskazywały, jak bardzo jego zdjęcia są cenione i jak on sam jest popularny. Wystawa przypomniała nie tylko najwybitniejszych artystów przedwojennych i współczesnych, ale pokazała także portrety ludzi mniej znanych, jak choćby przybranej córki Juliana Tuwima. Sensację budziły dwa śmiałe akty, wykonane jeszcze przed wojną. W socjalistyczno-purytańskiej Polsce były one czymś niezwykłym. Cała wystawa była jednak zdominowana przez sztukę portretu, w której Dorys osiągnął niebywałe mistrzostwo i bardzo rozpoznawalny styl. Myślę, że ta ekspozycja miała znaczenie dalece wykraczające poza ugruntowanie sławy Dorysa – dała bowiem mocne oparcie dla rozwoju fotografii artystycznej w Polsce i działań Związku Polskich Artystów Fotografików. Wuj strasznie długo żył tą wystawą. Była dla niego jakby odrodzeniem po wojnie.

—Cz.Cz.: Na tej właśnie retrospektywie, po raz pierwszy pokazano cykl reportażowy „Kazimierz nad Wisłą 1931-1932“, który jest uważany za pierwszy reportaż fotograficzny w Polsce. Oglądałem kilkanaście zdjęć przedrukowanych w „American Photographer“. Czy słyszał Pan jak ten cykl powstał?
L.D.: Rzeczywiście pierwsze zdjęcia z cyklu „Kazimierz – lata 1931-1932“ również stanowiły niemałą sensację tej wystawy. Nagle Dorys-portrecista okazał się twórcą pierwszego polskiego fotoreportażu i to jakiego! Wspaniałego artystycznie i przywracającego życie, które już umarło. Cykl powstał podczas dwóch okresów urlopowych, które Dorysowie spędzali w Kazimierzu. Wtedy też pojawił się wspaniały aparat małoobrazkowy Leica, który wuj (trochę dla zabawy) wypróbowywał. Przed wojną wuj nie przywiązywał zbyt dużej wagi do zrobionych przez siebie zdjęć, więc nie tylko nie zrobił odbitek, ale chyba nawet nie wywołał filmów. Kiedy podczas wojny sprzedawał swój zakład, schował, co mógł, w piwnicach.  Dosyć spora kolekcja płyt fotograficznych i filmów przetrwała schowana pod węglem. Ponieważ zakład też ocalał, można było odzyskać ukryty majątek. Zdjęcia z Kazimierza wykonał dopiero na krótko przed wystawą retrospektywną i wcale nie jestem pewien, czy wówczas zdawał sobie sprawę, jak znakomitym materiałem reportażowym dysponuje. Rozpoetyzowany i rozmalowany Kazimierz przedwojenny, to było w mniejszym stopniu miasteczko bohemy artystycznej, a znacznie bardziej – biedoty żydowskiej i to skrajnej, również w religijnym aspekcie. Fotografowanie Żydów było z tych ostatnich względów niemożliwe, więc robił zdjęcia z ukrycia. Znajdujemy na nich całą tę mizerię ludzką, połamane dachy, małe podwórka i dzieci, które potrafią się cieszyć w największej nawet biedzie. Widzimy sklepiki, w których nie ma towaru, a i klientów jest tylu, że stara sprzedawczyni może spokojnie siedzieć w drzwiach i oglądać ulicę. Widzimy niezapomniane scenki rozmów siwobrodych starców ze sobą i z dziećmi, poruszenie jakie wywołuje przyjazd Cyganów, wreszcie ogromnej piękności zamglony rynek, łuk w bramie prowadzącej do Fary i rozległą Wisłę, płynącą cicho przez ten bardzo kolorowy i bardzo mieszany świat kazimierzowski. W jednym z filmów nakręconych w latach 70., gdy zapytano wuja, co by dziś fotografował w Kazimierzu, odpowiedział, że wybrałby właśnie Wisłę. Kochał ją i mówił o niej, ale nie wiem, czy to już oznaczało odwrócenie się od tematu Kazimierza jako miasteczka o zdeklarowanym pejzażu artystycznym i równie zdeklarowanym braku Żydów.

—Cz.Cz.: Druga po wojnie bardzo ważna wystawa Dorysa „Aktorzy i moda lat trzydziestych“ w Galerii ZPAF w 1979 r. była także wielkim sukcesem. Tam również, oprócz portretów, pokazano cały cykl „Kazimierz nad Wisłą“.
L.D.: Tak, to był kolejny wielki sukces artystyczny i w pełni zasłużone owacje dla cyklu zdjęć z Kazimierza. Na wystawie można było także zobaczyć fotogramy, które z całą pewnością były zdjęciami reklamowymi, wykonywanymi przed wojną na zamówienie konkretnych firm. Pokazywały, że reklama może być sztuką. Mam bardzo osobisty stosunek do tamtej ekspozycji. Ze wzruszeniem patrzę na twarze wielkich aktorów, na zwalistą posturę i błysk oka Zelwerowicza, na piękne oczy Smosarskiej wyłaniające się z twarzy do połowy zasłoniętej futerkiem, na rozwichrzone włosy Kulisiewicza, cudownie natchnioną twarz Gałczyńskiego, przeoraną wiekiem i cierpieniem twarz Wańkowicza. Nie mogłem pozostawić tych zdjęć w domu, choć były mi tak bliskie. Wszystkie fotogramy oddałem do depozytu Muzeum Teatralnemu, które przez pewien czas permanentnie je eksponowało. Dziś leżą, niestety, w muzealnych magazynach i tylko od czasu do czasu ożywają na jakiejś wystawie, której twórcy chcą mieć zdjęcia Dorysa.  Trochę lepiej się wiedzie cyklowi kazimierzowskiemu, który jest częściej prezentowany. Znalazł też swoje miejsce w bardzo interesująco pomyślanym albumie-przewodniku fotograficznym „W Kazimierzu nad Wisłą“ Konrada Nawrockiego (wyd. Oficyna Pegaza, 2001).

—Cz.Cz.: A jak Pana wuj odbierał zmieniającą się rzeczywistość, szczególnie tę polityczną?
L.D.: Wuj bardzo uważnie śledził rozwój życia politycznego i wykłócał się z nami na ten temat. Jego bardzo krytyczne osądy, z którymi zetknęliśmy się jeszcze w gorącym okresie „Solidarności“, traktowaliśmy jako przejaw nadmiernej niewiary w szlachetność polityków zaangażowanych w kreowanie nowego ładu w Polsce. Niestety, przyszłość pokazała, że ten nasz idealizm był przejawem niedojrzałości i nieznajomości ludzi działających na scenie politycznej. Wuj był pierwszą osobą, która powiedziała mi, jeszcze wtedy studentowi, czyli był to koniec lat 50., że socjalizm musi upaść, i że Związek Radziecki musi się rozpaść. Wówczas było to nie do pomyślenia. Niesamowicie czuł mechanizmy kierujące wiatrem historii.
Zresztą była ona silnie obecna w jego wspomnieniach. Lubił przytaczać anegdotę o swoim wczesnym zaangażowaniu w politykę. W 1905 r. (miał wtedy cztery lata) widział, jak kozacy na koniach wpadli w tłum strajkujących robotników i zaczęli ich płazować. On zaś wyszedł na balkon i rozwinął papierową, polską chorągiewkę. Gdy zobaczył to jego ojciec, natychmiast wciągnął  go do środka. Podczas tej „akcji” wuj upadł i skutki tego silnie odczuł na swych czterech literach. Odtąd już wiedział, że polityka, to nie zabawa.
Inne zdarzenie, które powracało w jego opowieściach, to pierwsze ludobójstwo, jakiego dopuścili się Niemcy w Kaliszu w 1914 r., kiedy to na rynku rozstrzelano bodaj co dziesiątego zakładnika spośród ludności cywilnej. Oddziałem niemieckim komenderował niejaki Preuss. Niestety nie pamiętam przyczyny zastosowanych represji, jednak fakt, że dotyczyły one ludności cywilnej był w tym czasie zupełnym novum.

—Cz.Cz.: Tak się złożyło, że przyleciałem z Nowego Jorku do Warszawy, kiedy Dorys zmarł i brałem udział w jego pogrzebie. Jak wyglądał ostatni okres jego życia?
L.D.: Był sam, coraz słabszy w miarę upływu lat. Nigdy jednak nie pozwalał sobie pomagać i wyręczać nawet w najprostszych czynnościach, takich jak kupowanie porannej gazety, zaopatrzenie domu, itp. Jedyne na co się godził,  to odwiezienie go do Konstancina do domu wypoczynkowego ZAiKS-u i przywiezienie z powrotem do Warszawy, lub po prostu na wspólny wyjazd do Konstancina. Każda taka podróż była w jakimś sensie podróżą sentymentalną, bo wielokrotnie tam bywał z żoną. Czuliśmy się z nim bardzo blisko związani, widywaliśmy się co najmniej raz w tygodniu na wspólnym obiedzie (zawsze on zapraszał!), słyszeliśmy się niemal codziennie. Wuj uwielbiał moją żonę i bardzo wiele myśli i inicjatywy poświęcał umilaniu nam życia. Był w tej miłości wzruszający. Odnosiliśmy wrażenie, że przedłuża nam dzieciństwo przez te 10 lat, a może nawet dłużej, bo jeszcze przed śmiercią swej żony, zapraszał nas na weekendy do Sopotu, do którego jeździli raz w roku. Wtedy wiódł nas po starannie przez siebie obmyślonych trasach, pokazywał pozostałości secesji, jakieś szczególnie piękne zaułki i krajobrazy. Marzył, abyśmy kupili sobie działkę w Konstancinie. Nie było nas na to stać, więc zaproponował, że da nam stosunkowo dużą sumę dolarów, aby mógł przyczynić się, do choćby częściowego, zwrotu kosztów terenu. Ponieważ nawet połączenie jego propozycji z naszym majątkiem nie pozwalało na rozsądne myślenie o takim zakupie, nic z niego nie wyszło. Po śmierci wuja okazało się, że to, co nam proponował, to były jego wszystkie oszczędności!
Swoje samotne życie po śmierci żony, poddał bardzo rygorystycznej dyscyplinie. Miał ustalony plan dnia, codziennie się gimnastykował i nigdy nie narzekał, najwyżej stwierdzał, że na proste czynności potrzeba mu coraz więcej czasu. W ostatnich dwóch, może trzech latach nastąpił u niego zanik żeber po jednej stronie ciała. Aby trzymać się prosto, musiał pomagać sobie ręką. Niewątpliwie wiązało się to z wysiłkiem fizycznym, jednak w niczym nie zmieniło jego rytmu dnia i elegancji. Co roku w styczniu z dumą mówił: „O, przeskoczyłem kolejny rok!“. Do rytuałów należał też coroczny wyjazd do Konstancina. Znano go tam i bardzo ceniono, jako znakomitego współbiesiadnika, człowieka obdarzonego żywą inteligencją i niewątpliwą kulturą. Był bardzo szczęśliwy, że pod koniec jego życia zdecydowano się właśnie tam nakręcić z nim wywiad, w którym mógł podzielić się swymi uczuciami i przemyśleniami.
Mniej więcej miesiąc przed śmiercią spotkało go dziwne zdarzenie. Przechodził na drugą stronę ulicy Nowy Świat, gdy podbiegł do niego dość młody człowiek o wyglądzie, jak wuj mówił, szaleńca. Zaczął coś do niego wykrzykiwać, w złości podniósł go do góry i z dużą siłą postawił z powrotem na jezdnię. To wszystko. Niespodziewany napastnik szybko się oddalił. Wuj mówił nam o tym z ogromnym zdziwieniem. Nie wyglądało, aby ta sytuacja wywołała w nim jakiś większy stres. Nie wspomniał, że przestraszył się, czy też odczuł tę napaść fizycznie. Trudno orzec, w jakim stopniu ta sytuacja zaowocowała kolejnym zawałem, tym razem śmiertelnym. Pierwszy, bardzo poważny przeszedł w 1970 r. Byłem wtedy w Dubnej pod Moskwą i na wiadomość o jego chorobie przyjechałem szybko do Warszawy. Całe szczęście, lekarze ze szpitala Akademii Medycznej na Lindleya odratowali wuja, którego przywieziono w stanie śmierci klinicznej. Stąd też miał do lekarzy w tym szpitalu wielki szacunek i zaufanie. Gdy w 1990 r poczuł się niedobrze, bardzo prosił żonę, aby właśnie tam załatwiła mu pobyt. W tym czasie byłem we Włoszech i nie wiedziałem, że dzieje się coś złego. Żona nie chciała mnie denerwować. Z wielką przykrością wspominam, że gdy zwróciła się do znajomej lekarki, z prośbą, by ułatwiła przyjęcie do tego szpitala, usłyszała, że to nie dom starców i odmówiła pomocy. Mimo wszystko, udało się jej spełnić tę jego ostatnią prośbę. Podobno powiedział żonie, że jest szczęśliwy, ale bardzo „chciałby tego chłopaka zobaczyć“. Przy tych słowach po policzku spłynęła mu łza. Wuj nigdy nie płakał, nawet gdy dowiedział się o śmierci swojej ukochanej żony, ani nawet na jej pogrzebie. Kilka dni później dostałem telegram o jego śmierci.
Potem nastąpił czas, który obfitował w istny najazd nieznanych mi osób, próbujących zrobić niemal kapliczkę z jego mieszkania. Nie wiem, co się stało z legendarnym już aparatem – Leicą, którym fotografował m.in. przedwojenny Kazimierz, ani gdzie jest unikatowy, duży obiektyw. Ocalał powiększalnik przekazany do warszawskiego Muzeum Techniki, archiwum i trochę wspomnień...
––––––––––––––––                                         

Prof. Ludwik Dobrzyński
urodził się w Asino na Syberii w 1941 r. Do Polski powrócił wraz z matką w 1946 r. (ojciec skazany za rzekome szpiegostwo na karę śmierci, zamienioną na 25 lat ciężkiej pracy w sowieckich łagrach, wrócił w 1956 r.). 
Studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Warszawskiego (1963 r.).  Kolejne stopnie naukowe zdobywał w Instytucie Badań Jądrowych (habilitacja, 1975 r.). W czasie stanu wojennego stracił pracę ze względów politycznych (przez kilka miesięcy był zatrudniony w Krajowym Biurze Koncertowym). Następnie przyjęty do w filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku utworzył Zakład Metod Jądrowych Fizyki Ciała Stałego. W latach 1990-1993 był Dziekanem Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. W l991 r. uzyskał tytuł profesora
Od 1997 r. pracuje również w Instytucie Problemów Jądrowych w Świerku, gdzie organizuje Dział Szkolenia i Doradztwa, popularyzujący osiągnięcia fizyki jądrowej. Jest także doradcą delegacji polskiej w Komitecie Naukowym Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR). Autor około 200 prac naukowych z fizyki, a także monografii (wspólnie z K. Blinowskim) „Neutrons and Solid State Physics”. Żonaty z Marią Sołtan-Dobrzyńską. Ma dwie córki: Dorotę i Luizę. Pasjonuje się literaturą piękną i w zasadzie wszelkimi rodzajami sztuk.

Cytaty:
„… muszę wyznać, że początkowo nie zanosiło się na to, iż będę tak bardzo związany z fotografią — wspomina Benedykt Jerzy Dorys w magazynie FOTO (nr 5 1977) . Uczyłem się gry na skrzypcach, podobno z niezłymi wynikami. Kiedy w 1914 jako trzynastoletni chłopiec sam zrobiłem aparat składając go z różnych części – zaczęłem na dobre interesować się fotografią. I dziś fotografia jest zawodem, a muzyka – wdzięcznym hobby.(…)
     Najbardziej lubię fotografować takie twarze, które pozwalają mi jak najgłębiej wniknąć w osobowość człowieka. A więc: twarz bez makijażu – w szerszym pojęciu tego słowa. Twarz wyrzeźbiona przez czas i przeżycia. (…)
     Najtrudniejsza jest prostota…“.

Urszula Czartoryska w recenzji zamieszczonej w Fotografii (styczeń 1981) pisze o autentyźmie portretów Benedykta Jerzego Dorysa: „…Portrety aktorów i pisarzy, pokazane na wystawie, zawierają świadectwo przeżyć osobistych, własnego stosunku do modela, co sprawia, że i my — możliwe, że nie wszyscy — reagujemy na nie podobnie „osobiście“. Widzimy w nich żywych ludzi o delikatnie, ale czytelnie zarysowanej psychice; aktorów, zdolnych stworzyć wielkie kreacje (Stefan Jaracz), i poetów o silnej indywidualności twórczej (Julian Tuwim i inni)…“.

Bededykt Jerzy Dorys o fotografiach z Kazimierza nad Wisłą wykonanych w 1931-1932 w „Kamenie“ (1981) powiedział: „…Znałem Kazimierz Skoczylasa, Pruszkowskiego i wielu innych malarzy, urzeczonych niepowszednią urodą tego miasteczka, tak tłumnie i wiernie go odwiedzających. Znałem Kazimierz z pięknych zdjęć moich ówczesnych znakomitych kolegów, Składanka, Barzykowskiego, świetnie fotografujących wspaniałem frontony renesansowych kamieniczek. Farę, klasztor, studnię na rynku, górę Trzech Krzyży. Ale spotkałem się z Kazimierzem nad Wisłą dopiero latem 1931 r. kiedy to wybrałem się z żoną aby tam spędzić wakacje. Nawet nie domyślałem się wtedy, że to spotkanie stanie się jedną z największych przygód fotograficznych w moim życiu.(…)
    Kazimierz, do którego wszedłem z Leicą od podwórka, nie od frontu, który zobaczyłem takim, jakiego nikt przede mną nie dostrzegł… Kazimierz przycupniętych, modlących się w sobotę starców, drzemiących staruszek, dzieci, gromadnie biegających za wozami wędrownych cyganów — pełny podwórek i niekończących rozmów sąsiedzkich… mój Kazimierz, którego treścią było życie i ludzie tego miasteczka — nie jego bogate elewacje ale jego podwóreczka i zaułki i wyzierająca z nich bieda — smutna prawda o ich egzystencji. Odkryłem dla siebie urzekający egzotyzm tego miasteczka i jego mieszkańców, jego bytu i jego przepływającego życia…“.

Adolf Rudnicki w „Świecie“ (20 XI 1960) z okacji pierwszej ekspozycji w Kordegardzie na Krakowskim Przemieściu w Warszawie, cyklu zdjęć Benedykta Jerzego Dorysa „Kazimierz nad Wisłą“ z lat1931-1932 pisał: „…Ten cykl zawieera wszystko co trzeba, aby świat, którego już nie ma, ożył. Zapach, klimat, temperatura, ludzie — wszystko autentyczne. Jest to świat gorzkiej, krzyczącej nędzy, ruder, błota, bosych i obdartych dzieci, bawiących się o krok od rynsztoka, nędznych sklepików, których całą zawartość stanowi słój ogórków kiszonych, kilogram cukierków lub beczka z naftą. Jest to świat bogaty i miekki w swej nędzy, niepochwycony w żadne cugle organizacyjne, świat ocalony z jednej pożogi i czekający na drugą, świat dramatyczny, pełny i uśpiony, oczekujący nieszczęścia i bezsilny, by się przed nim uchronić. Oglądając ten świat ani na chwilę nie przestaje się widzieć jego ostatniego rozdziału, nie da się go zobaczyć bez ostatniego rozdziału. Widzi się pikujące bombowce września, słyszy się salwy plutonów ekzekucyjnych, krzyk uduszonych w wagonach-duszegubkach, w komorach gazowych. Patrząc na śliczną dziewczynkę w grubej, ciemnej sukni w upelny dzień, bawiącą się kamyczkiem, nie sposób nie myśleć jak zginęła. Tych zdjęć nie można chłonąć bez późniejszych wypadków, są organicznie ze sobą splecione. Wszystkie te zdjęcia robią wrażenie zdjęć z ostatniego lata — „przed potopem“…“.

Jerzy Ficowski w „Nowej Kulturze“ (20 XI 1960) napisał: „…Specyfika twórczości Dorysa dobitnie i jaskrawo zarysowuje się w olśniewającym cyklu z 1931 roku — „Kazimierzu nad Wisłą” — cyklu stanowiącym niewątpliwe wydarzenie. Oto niedawno Dorys sięgnął po ocalałe cudem negatywy. Wykonał powiększenia — i świat „Dwóch księżyców“ Kuncewiczowej, świat „Lata“ A. Rudnickiego, umarły świat Kazimierza, podpatrzony w swoich najbardziej ludzkich cechach i ocalony od zapomnienia, patrzy na nas. W fotografiach tych nie ma „klasycznej“ tematyki: ruiny zamku, baszty, góry Trzykrzyskiej, ani studiów architektury. Są za to stare drewniane domki, postrzępiona buda cyrku wędrownego, zgiełkliwa pstrokacizna targowego dnia, podwórka, sklepik z surrealistycznie naiwnym szyldem, patriarchalne postacie potomków „Esterki“ — Żydów tamtejszych, starców, przekupek i przykucniętych na bruku dzieci.
Zwykły człowiek na tle swego małego życia. Zdjęcia kazimierskie Dorysa stanowią splot znakomitego artyzmu z bezcennym dokumentem, zdumiewać muszą swoim artystycznym prekursorstwem. Najnowsze „odkrycie“ fotografii tzw. reportażowej, neorealizm włoski — wszystko to znajdziemy już tu — w portretach miasteczka sprzed trzydziestu kilku lat, w tych wiernych podobiznach umarłego świata“.

Kathryn Livingston w magazynie „American Photographer“ (styczeń 1981) pokazując na wielu stronach zdjęcia „Kazimierz nad Wisłą 1931-1932“ napisała: „…The innocence of daily life reflects the spirit of an entire people…“.

W jednym z ostatnich wywiadów w magazynie FOTO (lipiec-sierpień 1987) na pytanie co sądzi o przyszłości fotografii B.J.Dorys powiedział: „...fotografia bywa dobra albo zła, myślę, że w mojej pracy zawsze byłem i jestem wierny sobie. Jeśli chodzi o przyszłość, to życzyłbym fotografii, aby w dalszej swojej ewolucji nie zatraciła tego, co wydaje mi się najistotniejsze, nieomal przyrodzone, a mianowicie zdolności do penetracji i interpretacji zjawisk rzeczywistości oraz zdolności ujawnienia tego, co wydaje się być niewidzialne i niewidoczne…“.

Pisząc dwadzieścia lat temu, jeszcze za życia Benedykta Jerzego Dorysa w nowojorskim „Przeglądzie Polskim“ (22 X 1987): „…Wiele kiedyś głośnych nazwisk, czy dzieł z biegiem czasu traci na aktualności, aby zupełnie pójść w zapomnienie. Z twórczosią Dorysa jest na odwrót. Z biegiem czasu — minęło już pół wieku od powstania pierwszego portretu Dorysa, nabiera ona nowych, nie dostrzegalnych kiedyś wartości.
    Dorys odkryty ponownie przeszedł na stałe do historii fotografii jako wnikliwy obserwator psychiki ludzkiej, twórca bezcennej galerii ludzi kultury i pionier fotografii reportażowej“. Nic nie zmieniłbym z tego, co napisalem dwadzieścia lat temu.
Czesław Czapliński

Bibliografia:
Karolina Beylin, Benedykt Jerzy Dorys, „Fotografia“ (nr 9 1974), s.265-267.
Ryszard Bobrowski, Wystawa – Fotografia polska 1839-1979, „Fotografia“ (nr 3 1980), s.1-9.
Jerzy Busza, Pierwszy reportaż fotograficzny, „Kultura“ (nr 25 1977), s.12.
Contemporary Photographers, St.James Press, Chicago & London, 1988, s.256-8.
Czesław Czapliński, Wniknąć w osobowość człowieka, „Nowy Dziennik – Przegląd Polski“ (22 X 1987), s.8-9.
Czesław Czapliński, Najdroższy fotograf w Polsce, „Kariera“ (XI 1989), s.16-17.
Czesław Czapliński, Portret z historią: Benedykt Jerzy Dorys (1901-1990) fotograf, „Sztuka.pl – Gazeta Antykwaryczna“ (IX/X 2006), s.88-89.
Urszula Czartoryska, Refleksje o autentyźmie (Z okazji wystawy indywidualnej B.J.Dorysa), „Fotografia“ (nr 1 1961), s.22-25.
Jerzy Ficowski, Wystawa fotografii B.J.Dorysa, „Nowa Kultura“ (nr 47 1960), s.3.
Olgierd Gałdyński, Dorys wielostronny, „Pomorze“ (nr 5, 1961), s.1-2.
Halina Grubert, Foto Dorys to już 35 lat dobrej fotografii artystycznej, „Express Wieczorny“ (23 XI 1960).
IBIS, 35 lat fotografiki B.J.Dorysa, „Życie Warszawy“ (15 XI 1960).
Tomasz Jastrun, Lubie wybierać cel i trafić, „Tygodnik Kulturalny“ (nr 30 1977), s.14.
Adam Johann /katalog/ Muzeum Kazimierza Dolnego/ZPAF, Wystawa fotografii B.J.Dorysa „Kazimierz nad Wisłą 1931-1932“ (V/VI 1983), 18 s.
Romuald Kłosiewicz, Szaleństwo z Leicą w Kazimierzu, „Fotografia“ (nr 6 1977), s.12-17.
Barbara Kosińska, Portret niepozowany B.J.Dorys, „Fotografia“ (nr 2 1983), s.14-20.
Kathryn Livingstone, Benedykt Jerzy Dorys, „American Photographer“ (I 1981), s.88-93.
Krystyna Nastulanka, Ostatni portreciści, „Polityka“ (nr 32 1974), s.8-9.
Ignacy Płażewski, Spojrzenie w przeszłość polskiej fotografii, PIW, 1982.
Adolf Rudnicki, Niebieskie kartki, „Świat“ (nr 47 1960), s.11-13.
Marek Sadzewicz, O sztuce portretu psychologicznego, „Stolica“ (4 XII 1960), s.16.
Anna Maria Świetlik, Rozmowa z B.J.Dorysem, „FOTO“ (VII/VIII 1987, s.148-151, 164.


 
   powrót