Polish Art World - Polska Sztuka w Świecie
Strona główna · Artyści · Galerie autorskie · Galerie · Domy Aukcyjne · Kolekcje · Publikacje · Aktualności · Ogłoszenia

ARTYŚCI Dorys & Czapliński


Czesław Czapliński (1953)


 


Czesław Czapliński fotograf i dziennikarz, urodzony w 1953 r. w Łodzi, od roku 1979 r. mieszka w Nowym Jorku.  
 W 1981 r. założył agencję fotograficzną Photo Medium Co., która współpracuje z najbardziej znanymi pismami, wydawnictwami i klientami na całym świecie. Uczestniczył z aparatem w ręku w ważnych wydarzeniach: podróżach Jana Pawła II do Polski i Stanów Zjednoczonych, obchodach stulecia Statuy Wolności w Nowym Jorku, Zgromadzeniach Ogólnych ONZ w Nowym Jorku, kampaniach prezydenckich, wizytach prezydentów Georga Busha i Michaiła Gorbaczowa oraz Michaela Jacksona w Polsce.
     Autor i współautor 30 albumów i książek m.in. „Saga rodu Styków” (1989), „Twarzą w twarz” (1991), „Pasje Jerzego Kosińskiego” (1993), „Kariery w Ameryce” (1994), „PORTRETY” (1995), „Moja HIStoria, czyli jak fotografowałem Króla” (1999), „TWÓRCY końca wieku” (2000), „Śmierć & Życie” (2001),  „NEW YORK przed i po 11 września 2001” (2002), „LEKARZE w walce o zdrowie” (t.1/2002, t.2/2003, t.3/2004), „Wszechświat ks. Jana Twardowskiego” (2002), „Wizytki – ogród zamknięty” (2003), „ADWOKACI w walce o sprawiedliwość” (2004), „Sztuka fotografii – Fotografia portretowa” (2004), „Fotografie prawdziwe, bo już niepodobne” (2005) i „Kolekcje sztuki polskiej w Ameryce“ (2005), które znajdowały się na listach bestsellerów.
     Opublikował tysiące zdjęć m.in. w „The New York Times”, „TIME”, „Vanity Fair”, „The Washington Post”, „Newsweek”, „Twój Styl”, „Viva”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”.
     Oprócz fotografii od wielu lat uprawia dziennikarstwo, jest autorem ponad 500 artykułów i reportaży publikowanych w Ameryce i Polsce, z czego 100 to „cover story” tzw. historie okładkowe. Przez lata prowadził rubrykę „Sławni & bogaci”, publikując zdjęcia i wywiady z najbardziej wpływowymi ludźmi na świecie.
     Miał ponad 100 indywidualnych wystaw m.in. „Twarzą w twarz”, „New York”, „Portrety”,  „Twarz i maski Jerzego Kosińskiego”, „Można odejść na zawsze, by stale być blisko”, które prezentowane były w takich miejscach jak Galeria Zachęta w Warszawie (1989, 1991), Muzeum Sztuki w Łodzi (1992), Muzeum Narodowe w Warszawie (1995, 2002), Biblioteka Narodowa w Warszawie (2000, 2001, 2005), a także w Nowym Jorku (1981, 2002, 2003), Chicago (1998), Nicei (2000), Moskwie (1997) i Londynie (2003).
     O Czesławie Czaplińskim i jego twórczości zrealizowano kilka filmów: „Wernisaż”, „Fotograf”, „Twarze”, „Twarzą w twarz”, „Arystokrata kwiatów”, „Czarne i białe w kolorze”. Dziś sam robi filmy dokumentalne m.in. o profesorze Henryku Skarżyńskim, księdzu Janie Twardowskim, Janie Nowaku-Jeziorańskim.
     Jego prace znajdują się w zbiorach Library of Congress w Waszyngtonie, TIME Inc. Picture Collection w Nowym Jorku, New York Public Library, Spertus Institute of Jewish Studies w Chicago, Muzeum Narodowym w Warszawie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Bibliotece Narodowej w Warszawie i wielu kolekcjach prywatnych na całym świecie.
     Jest członkiem Foreign Press Association w Nowym Jorku, Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF), Fotoklubu RP i Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.
     Otrzymał Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis“ i „Zasłużony Działacz Kultury“, Złoty Medal Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego, Medal 150 lat Fotografii (ZPAF), „Złoty Exlibris” Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, Pierścień „Honorowej Nagrody Hetmana Kolekcjonerów Polskich“.


ŻYJĘ W DWÓCH WYMIARACH

rozmowa z Czesławem Czaplińskim, fotografem i dziennikarzem

- Jak to się stało, że Pan - biolog - został fotografem?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Rzeczywiście moją pierwszą pasją była biologia. Już od pierwszej klasy szkoły średniej interesowałem się entomologią. Jeździłem na obozy ze studentami Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Łódzkiego. Byłem członkiem elitarnego towarzystwa odonatologicznego (zajmującego się ważkami) z siedzibą w Holandii, do którego oprócz mnie z Polski należał tylko profesor z Instytutu Zologii Polskie Akademii Nauk z Warszawy. Naturalną konsekwencję tego były studia biologiczne.
Jednak pod koniec szkoły średniej, oprócz entomologii, zainteresowałem się też fotografią. Trafiłem do Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego gdzie wykładali profesorowie z Łódzkiej Filmówki. W ŁTF byłem również redaktorem naczelnym i jak śmiał się prezes Rzeźniacki jedynym dziennikarzem Biuletynu Informacyjnego. Także na Uniwersytecie Łódzkim zajmowałem się wydawaniem Biuletyn Informacyjny — takie były moje pierwsze kroki w kierunku dziennikarstwa.
W 1979 roku wyjechałem na sympozjum Odonatologiczne do Ottawy w Kanadzie, gdzie miałem zgłoszony referat. Jednak z samolotu wysiadłem w Nowym Jorku i zostałem tam do dziś.
Wtedy ostatecznie szala przeważyła się w kierunku fotografii i dziennikarstwa.

- Jak powitał Pana Nowy Jork, nazywany stolicą stolic?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Najpierw zachwyciłem się niespotykanym rozmachem, który mnie oczarował. Kiedy robiłem zdjęcia Manhattanu, dzielnicy o niepowtaralnym klimacie, na 42 ulicy napadli na mnie Murzyni i zabrali cały sprzęt fotograficzny jaki miałem. Został mi tylko jeden obiektyw, kótry zostawiłem w domu. Za ostatnie pieniądze kupiłem nowy sprzęt. Kilka dni później miałem włamanie do domu i ponownie straciłem swoje narzędzia pracy. Wiedziałem, że do trzech razy sztuka. Na szczęście trzeciego razu nie było. Od tamtego czasu było już tylko lepiej.

- Fotografowanie to dla Pana nie tylko zawód, ale i pasja. Co najbardziej Pana pociąga w robieniu zdjęć?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Myślę nawet, że fotografia to nie tylko moja pasja, ale i życie. Jak chcę sobie przypomnieć, co kiedyś robiłem, to nie zaglądam do notesu, jak to robią inni, tylko patrzę na zdjęcia, które zrobiłem. Interesują mnie projekty trudne do zrealizowania, a najbardziej takie, o których się mówi, że są nie do wykonania.
   
- Jakie projekty by Pan zaliczył do najtrudniejszych?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Są miejsca, gdzie trudno wejść, a nawet jeśli można, to robienie zdjęć jest zabronione. Przykładem może być klauzurowy klasztor Sióstr Wizytek w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. W 350-letniej historii tego miejsca, nie weszła tam osoba świecka, nie mówiąc o tym aby miała w ręku aparat fotograficzny, bo to zakrawałoby już o szaleństwo. Zabiegi o uzyskanie zgody na wejście do klasztoru trwały kilka lat. Kiedy siedząc za kratami rozmównicy usłyszałem od matki przełożonej Niklewicz, że mogę wejść do środka, pomyślałem, że się przesłyszałem. Potem przez kilka tygodni, chodziłem po największych zakamarkach klasztoru, od piwnic aż po strych.
Wewnątrz, duże wrażenie zrobił na mnie, pokaźny jak na centrum Warszawy ogród i dwa mniejsze, z przepięknymi zakątkami znakomicie nadającymi się do głębokiej refleksji nad życiem.
Dzięki fotografowaniu Klasztoru, poznałem i zaprzyjaźniłem się ze wspaniałym poetą ks.Janem Twardowskim, mieszkającym nieopodal, który był rektorem kościoła sióstr wizytek, przez prawie półwieku i we wstępie do albumu napisał:
    „Album o Siostrach Wizytkach, dzięki publikowanym w nim po raz pierwszy fotografiom z wnętrz klasztornych, chociaż w taki sposób przybliża zakryte dotąd miejsca. Reguła zakonna nie pozwala bowiem na odwiedziny klasztoru.
    Dla dzisiejszego człowieka klasztor zamknięty jest zagadką. Współcześni przeważnie nie rozumieją klauzury. Dziwi ich odgradzanie od świata. (…)
    Pismo święte mówi, że Bóg umieścił pierwszych ludzi w raju, w ogrodzie, to znaczy w miejscu ogrodzonym, jak wskazuje sama nazwa. Od czego Bóg odgrodził ludzi, skoro jeszcze nie było tego świata? Można przypuszczać, że Bóg chciał uratować miejsce odosobnione i odgrodzenie w tym wypadku nie oznacza ucieczki od czegoś złego, ale raczej chodzi o ocalenie, ochronienie tego, co było najważniejsze dla Boga. A więc wszystko to, co przybliża człowieka do Stwórcy: piękno przyrody, spokój, czystość powietrza, poczucie bezpieczeństwa, tęsknotę za modlitwą, pełnie życia duchowego”.

- W Stanach Zjednoczonych też były zadania niewykonalne?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Tam też są trudno dostępne miejsca, szczególnie po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001, kiedy bezpieczeństwo najważniejszych obiektów i osób, niejednokrotnie doprowadzono do absurdu. Najbardziej chyba chroniony jest Prezydent i Biały Dom w Waszyngtonie. I właśnie w tej sytuacji wymyśliłem sobie, że w książce o kwiatach, chciałbym mieć ogród Białego Domu, najbliższe otoczenie prezydenta. Ponieważ, moim zdaniem, nie ma rzeczy nie do załatwienia, więc i to mi się udało.

- Nie tylko miejsca, ale zapewne również fotografowanie niektórych osób może być trudne?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Można nawet powiedzieć, że czym ważniejsza osoba tym zadanie jest trudniejsze. Niemniej praktycznie wszystkich, których chciałem fotografowałem, chociaż czasem na okazję trzeba było poczekać kilka lat. Mam zasadę, że czekając nie siedzę z założonymi rękami, robię zdjęcia innych osób. Kiedy już sfotografuje się  pierwszą setkę ważnych ludzi, to później już idzie łatwiej. Głównym problemem jest to, że osoby bardzo znane są ogromnie zajęte i poświęcają uwagę tylko tym ludziom, którzy nie zmarnują ich czasu. Tak jest np. z bardzo ważnymi menedżerami, którzy polecają sobie mnie, a i tak umówienie sesji prezesa globalnej korporacji trwa miesiącami.

- Czy nie udało się Panu kogoś sfotografować, kogo Pan chciał?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pamiętam rozmowy ze słynnym himalaistą Andrzejem Zawadą, z którym się przyjaźniłem. Kiedyś powiedział: „zdobyć Himalaje, to nie problem, ale w zimie, to już coś”. Nie szukam takich sprawdzianów, ale już mi nie wystarcza, żeby kogoś sfotografować, chce zrobić to tak jak nikt do tej pory. Bardzo mnie ujęło zdjęcie Jana Pawła II robione przez Adasia Bujaka, ukazującego Papieża z tyłu, kiedy błogosławi tłumy z okna w Rzymie. W czasie dwóch pielgrzymek Ojca Świętego, byłem w tak zwanym Pull 0, czyli bardzo blisko, ale takiego zdjęcia jak Bujak nie zrobiłem. Nie zrobiłem również zdjęcia Władysławowi Hasiorowi w Zakopanem, mimo, że co roku latem tam bywam. Nawet odwiedzałem Hasiora, bardzo się lubiliśmy, ale nigdy nie zrobiłem mu zdjęcia, mimo, że chciałem, fotografowałem jego prace, pracownie, galerie, opowiadał mi o wszystkim, ale on sam bronił się przed zdjęciem. A nie mam zwyczaju robić zdjęć wbrew czyjeś woli.
W dwóch kolejnych dniach kwietnia 2007 roku otrzymałem tragiczne informacje, 19 kwietnia zmarł Bohdan Paczyński, a dzień później Jan Kociniak. Bohdan Paczyński genialny astronom był wykładowcą na prestiżowym uniwersytecie Princeton. Spotkałem się z nim ponad dwa lata temu, na lunchu, w restauracji Mediterane, na Palmers Square, w Princeton. Po bardzo przyjemnej rozmowie, mimo, że miałem aparat i była zgoda, nie zrobiłem mu zdjęć. Umówiliśmy się na spotkanie u niego w obserwatorium. Wyjechałem na kilka miesięcy ze Stanów, kiedy wróciłem i napisałem mu e-mail z prośbą o spotkanie, odpisał, że musimy z tym poczekać, gdyż miał wylew, na razie pisze jednym palcem.
W końcu 2006 r. byłem na premierze sztuki „Czaszka z Connemary“ w Teatrze Ateneum w Warszawie, gdzie wspaniałą i poruszającą  kreacje stworzył Jan Kociniak. Po spektaklu Krzysztof Strykier zaprosił Jana Kociniaka i mnie na kolacje. Siedzieliśmy koło siebie przez dwie godziny, umówilśmy sie na sesję, która miała się odbyć po moim powrocie z Ameryki.
Takich przykładów jest więcej. Pozostają wspomnienia, które kiedyś będę chciał opisać, a może nauka pomoże, aby powstałe obrazy, zarejestrowane w mózgu, odtworzyć.

- Czy wie Pan, ile zdjęć zrobił?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: To dość trudno policzyć. Mam ponad trzydziestoletnie archiwum z ponad dwustu tysiącami negatywów. Do tego należy dodać przeźrocza i, od kilku lat, zdjęcia cyfrowe.

- To może z policzeniem wystaw fotografii, jakie Panu zorganizowano, będzie łatwiej?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Miałem grubo ponad sto tak zwanych wystaw indywidualnych. W zbiorowych od lat nie biorę udziału, gdyż trudno przewidzieć, czyje i jakie prace znajdą się obok moich, a dla mnie ważny jest kontekst.

- Gdyby miał Pan powiedzieć o jednym, tylko jednym zdjęciu, które Pan zrobił, jakie byłoby to zdjęcie i dlaczego właśnie to?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: To bardzo trudne zdanie, nawet nie wiem czy wykonalne. Najtrudniejsze w sztuce fotografii, dla mnie, są tak zwane wybory. Najpierw  podejmuję decyzję co do tematu, potem co do formy jego zrealizowania. Często, na wystawę liczącą zaledwie 50 zdjęć, wybieram prace z serii kilku tysięcy. Prawdę mówiąc, dokonywanie selekcji jest dla mnie źródłem ogromnych frustracji. Pomijam już sprawy kadrowania, pracy w ciemni, wyboru miejsca na wystawę, etc. Na wystawę „Artyści” wybierałem fotografie z prawie 200 tysięcy. Jak można więc wybrać jedno zdjęcie? Z wieloma z nich wiążą się całe historie. One, we mnie, ciągle żyją. Jestem do nich przywiązany.
Często istotny jest kontekst, zrobionego zdjęcia. Dla przykładu Lecha Wałęse fotografowałem wielokrotnie, ale pierwsze portrety były wyjątkowe. Przyleciałem do Polski w 1989 r. na kilka dni przed Okrągłym Stołem. Dowiedziałem się, że 4 lutego (sobota) 1989 r. na dwa dni przed  obradami Okrągłego Stołu, jest zebranie, na plebanii kościoła św. Brygidy w Gdańsku, gdzie będą wszyscy najważniejsi ludzie Solidarności, z Wałęsą na czele. Wsiadłem w ranny pociąg Warszawa-Gdańsk, w przedziale, w którym podróżowałem, siedział jadący na to spotkanie prof. Samsonowicz, późniejszy Minister Oświaty.
Kiedy znalazłem się na miejscu, zobaczyłem, że placyk przed plebanią Kościoła św. Brygidy w Gdańsku był wypełniony szczelnie przez ekipy telewizyjne z całego świata. Widziałem amerykańskie stacje: ABC, NBC, CBS… dziesiątki fotoreporterów tłoczyło się przed wejściem do plebanii, gdzie stał ks. Jankowski.
Pomyślałem sobie, jestem świadkiem historii Polski. O wejściu do środka nawet nie marzyłem. Kiedy tak stałem na końcu tłumu, zobaczyłe zbliżającego się dziarskim krokiem prof. Bronisława Geremka. On również zobaczył mnie i witając się serdecznie — zapytał co ja tu robię? Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, gdyż w tym momencie, prawie ocierając się o nas, wjechał mikrobus Volkswagen, za kierownicą, którego siedział Wałęsa. Błyskawicznie nacisnęłem spust migawki i mam Wałęse za kierownicą. Nie na próżno przyjechałem – pomyślałem sobie.
Dalej akcja potoczyła się jak w dobrym hollywoodskim filmie. Wysiadając z samochodu Wałęsa zobaczył prof. Geremka, podszedł do nas. Prof. Geremek prawą ręką objął Wałęse, a mnie przygarnął lewą ręką, tak weszliśmy na plebanie, obok zaskoczonego ks. Jankowskiego. Zaraz po wejściu, usiedliśmy przy zastawionym stole, pojawiła się herbata. Po pierwszym łyku, zacząłem rozglądać się dookoła, zobaczyłem rozmawiających: Jacka Kuronia, Adama Michnika, Andrzeja Stelmachowskiego, Marka Edelmana oraz zaaferowanego Tadeusza Mazowieckiego, który z przenośnego telefonu, rozmawiał z gen. Czesławem Kiszczakiem. Zacząłem fotografować: na pierwszym planie prof. Geremek i Wałęsa częstują się wędliną. Takiego zdjęcia nikt nie ma.
Kilka minut później ks. Jankowski zarządził przejście do sali obrad. Zobaczyłem długi stół, na końcu, pod prostym brzozowym krzyżem usiadł Wałęsa, a koło niego prof. Geremek. Po obu stronach  zasiedli doradcy Solidarności. Pamiętam Jacka Kuronia z nieodłączym termosem. Robiąc zdjęcia, myślałem, że jestem jedynym postronnym człowiekiem w tym towarzystwie. Po krótkiej modlitwie ks. Jankowskiego, ktoś zapytał — kim jest ten człowiek — wskazując na mnie. Zaległa cisza, którą przerwał prof. Geremek, to nasz człowiek z Nowego Jorku. Usłyszałem protest: „Jak to z Nowego Jorku, przecież my będziemy ustalać strategię Okrągłego Stołu, obowiązuje tajemnica!“ Wtedy jeszcze raz prof. Geremek spokojnym głosem powiedział — „przecież ktoś musi dokumentować, to historyczne wydarzenie”, a zwracają się do mnie — „czy przysięga pan zachować w tajemnicy wszystko to, co Pan tu usłyszy?” – Zbaraniały podniosłem rękę do góry i powiedziałem — „tak przysięgam”.
„No więc, przejdźmy do pierwszego punktu obrad” – rozpoczął prof. Geremek. Tak więc stałem się świadkiem historycznych wydarzeń. Nigdy potem, nie pytałem prof. Geremka, czy już jestem zwolniony z wówczas danej przysięgi. Nie mówiłem nic o tym wydarzeniu. Obserwowałem już z Nowego Jorku oficjalne obrady Okrągłego Stołu. Pamiętam utkwiła mi wówczas długa dyskusja, czy w czasie obiadu usiąść przy stole ze stroną rządową (komunistyczną). Wykonane wóczas zdjęcia Wałęsy są najlepsze jakie mu kiedykolwiek zrobiłem.

- Głównym tematem Pana zdjęć są ludzie. Co jest w nich takiego ważnego, że poświęcił im Pan wiele lat swojej pracy?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Mógłbym powiedzieć, że sam jestem człowiekiem i to powinno wystarczyć. Poznając innych ludzi, przygotowując się do spotkania z nimi, bardzo dużo dowiaduję się o nich, nabieram jakieś przekonania, wyobrażenia. Potem jest konfrontacja z rzeczywistością. Często przekonuję się, że są to zupełnie inni ludzie niż się spodziewałem. Jedną z największych rozbieżności między tym, co piszą media, a rzeczywistością, było spotkanie z Michaelem Jacksonem. Opisywany bardzo negatywnie, okazał się w rzeczywistości ciekawym, skromnym człowiekiem.

- Wiem też o projekcie, którego bohaterami są kwiaty. Czy miał to być odpoczynek od fotografowania ludzi?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Ludzie, szczególnie znani, jakich spotykam, mają mocne osobowości, często destrukcyjne. Jeśli mam ich dość, to zaczynam fotografować kwiaty. Robienie zdjęć kwiatów tylko pozornie jest łatwe. Aby zrobić coś niebanalnego, trzeba się nieźle natrudzić. Technicznie też jest to wyzwanie:  małe obiekty, duże powiększenia, plastyczne oświetlenie małych powierzchni — światłowody, makrofotografia. Jeśli do tego dodać, że fotografuję, podobnie jak u ludzi, arystokracje czyli kwiaty trudno dostępne, często bardzo drogie, to rodzi to nowe trudności. Kiedy  mi się uda pokonać wszystkie przeciwności, to budzi to podziw. Największe zadowolenie daje to, że własne lenistwo zostało pokonane.

- Lenistwo?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Ludzie są wielkimi leniami. Dlatego od lat wstaje o 6 rano, a późno w nocy kładę się spać, aby z tym walczyć. Tak na poważnie, świat jest tak ciekawy, że szkoda spać.

- Fotografowanie jest Pana pasją, ale musi być niewystarczającą formą wypowiedzi, bo jest Pan też dziennikarzem i pisarzem. Dlaczego?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Pisanie wzięło się z metody mojej pracy nad tematem, a mianowicie: bardzo gruntownie przygotowuję się do zdjęć, zbierając materiały, rozmawiając z ludźmi. Na początku, kiedy pokazywałem zdjęcia i mówiłem o nich, zaczęto mnie namawiać, abym pisał. Tak się zaczęło.

- Podobno napisał Pan również sztukę teatralną. Czy to prawda?
- Tak, razem z Pawłem Salą, napisaliśmy sztukę o Jerzym Kosińskim, z którym przez dziesięć lat się przyjaźniłem i razem zrobiliśmy kilka projektów, zanim popełnił samobójstwo. Początki były takie, że chciałem zrobić film o Jurku. Miałem bardzo precyzyjny pomysł, ale po kilku próbach ze znanymi filmowcami, doszedłem do wniosku, że lepsza będzie sztuka teatralna. Zupełnie przypadkowo, przy innym projekcie, spotkałem Pawła Salę. Kiedy się poznaliśmy, okazało się, że Paweł znał twórczość Jurka. Zaczęliśmy spotykać się, korespondować i w ciągu dwóch lat powstała sztuka, która jest wielowarstwowa i dotyczy skomplikowanej egzystencji ludzkiej.

- Czy to, że zdjęcie jest tylko statycznym obrazem, skłoniło Pana do realizacji filmów?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Dobre zdjęcie nie jest statycznym obrazem, niemniej połączenie wiedzy o temacie, pojedynczych klatek, ruchu, muzyki, słów, jest jeszcze większym wyzwaniem. Dlatego zacząłem robić filmy dokumentalne. Robiąc książkę o wybitnych polskich lekarzach, zafascynował mnie jeden z nich, który stworzył coś nadzwyczajnego, będąc sam niezwykle skromnym człowiekiem. W 2005 roku nakręciłem film o światowej sławy profesorze, Henryku Skarżyńskim, który w Polsce stworzył placówkę medyczną na najwyższym poziomie i przywraca tam ludziom słuch. Później był film o ks.Janie Twardowskim. Ostatnio zrobiłem film, razem ze Krzysztofem Strykierem, o Janie Nowaku Jeziorańskim jako kolekcjonerze dzieł sztuki, nieznanej pasji legendarnego „kuriera z Warszawy“. Filmów, podobnie zresztą jak innych dużych projektów, nie da się robić samemu. Potrzebny jest sztab ludzi, a efekt końcowy, to wypadkowa pracy ich wszystkich.

- Ostatnio fascynują Pana nowe technologie i formy multimedialne. Co skłoniło Pana do zainteresowania się nimi?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Ilość stron www przekroczyła już na świecie 100 milionów, z czego w Ameryce jest ponad 50 milionów. Definitywnie większość działalności artystycznej, wydawniczej, poznawczej przenosi się do internetu. Dla przykładu w kwietniu 2007 roku ukazał się ostatni numer drukowany magazynu „Life”, który zawsze był wyznacznikiem, tego co ważne w fotografii reportażowej. Teraz  ma być dostępny tylko w formie elektronicznej, a szczególnie jego 10 milionowe archiwum zdjęć. Sam w internecie jestem od lat na: www.czaplinski.com. W chwili obecnej pracuję nad dużym portalem o polskiej sztuce: www.PolishArtWorld.com. Bez przesady mówi się, że jeśli wyszukiwarka Google nie pokazuje twojego nazwiska w internecie, to coś jest nie tak.

-  Wyprowadził Pan zdjęcia z gazet, albumów, książek i galerii na ulicę - co o tym zadecydowało?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: W związku z tym, że miałem już indywidualne wystawy w najbardziej prestiżowych miejscach jak: Muzeum Narodowe, Galeria Narodowa Zachęta w Warszawie czy Muzeum Sztuki w Łodzi, nikt nie może powiedzieć, że „nie może pokazywać w muzeach, to pokazuje na płocie“. Moja wystawa fotografii o ks. Janie Twardowskim pt. „Można odejść na zawsze, by stale być blisko” latem 2006 roku była na ogrodzeniu ogrodu Łazienek Królewskich w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, potem na rynku w Kaliszu, a później przed i w Muzeum Mazowieckim w Płocku. Za każdym razem: tłumy ludzi, dzień i noc przed zdjęciami, młodzi ludzie umawiają się pod zdjęciami, komentarze. Sztuki nie uda się zamknąć w ścianach galerii i muzeów. Sztuka jest dobra albo zła, niezależnie czy pokazywana w najbardziej prestiżowych muzeach czy w parku. Aby sztuka istniała potrzebny jest odbiorca, jeśli go nie ma, nie ma sztuki. Kontynuacją tego projektu jest: potężna wystawa pt. „Artyści Portrety ostatniego stulecia“ Benedykt Jerzy Dorys & Czesław Czapliński, której towarzyszyć będzie album, pokaz multimedialny i prezentacja  w internecie.

- Włączył Pan do swojej wystawy portrety Benedykta Jerzego Dorysa?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Podobnie jak mogę sobie sobie pozwolić na to, aby pokazywać poza galeriami i muzeami, mogę powiedzieć, że w Polsce moimi Mistrzami byli Benedykt Jerzy Dorys i Edward Hartwig, którzy zresztą rekomendowali mnie do Związku Polskich Artystów Fotografików. Archiwalne portrety Dorysa, które przywracałem do życia po prawie stu latach, nic nie straciły na swojej aktualności. Dorys wszystkie portrety robił w swoim studio w Warszawie, ja podróżując po świecie. Połączyli nas ludzie. Niektórych z nich często pół wieku później ja fotografowałem, jak choćby: Nina Andrycz, Jerzy Ficowski, Janusz Głowacki.
Sztuka to proces ciągłej kontynuacji. Często w sztuce widać, delikatnie mówiąc, zapożyczenia i hoksztaplerstwa, które bezwzględnie weryfikuje czas. Nie da się „pójść na skróty”, przy pomocy pieniędzy i kontaktów, z pominięciem solidnej, wieloletniej pracy. Wcześniej czy później, „król będzie nagi”. A oszukiwać samego siebie, to pewnie najgorsze ze wszystkiego.

- Czy ma Pan również swoich Mistrzów w Ameryce?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Jednym z powodów wyjazdu do Ameryki, było poznanie legendarnych fotografów. Zaczęło się od tego, że po kradzieży sprzętu fotograficznego w Nowym Jorku, musiałem przez jakiś czas pracować w studio. Okazało się, że dzięki temu poznałem prace grupy Magnum, założonej przez Roberta Cape, Henri Cartier-Bressona, Davida „Chim“ Seymoura w 1947 r. w Paryżu, która miała swój oddział w Nowym Jorku. Miałem w ręku ich oryginalne negatywy, stykówki, odbitki, widziałem z czego wybierali słynne zdjęcia. Bardzo chciałem poznać autora ponad 100 okładek magazynu „Life“ Philippe Halsman (1906-1979). Niestety zmarł przed moim przyjazdem do Nowego Jorku. Poznałem jego żonę, która z nim pracowała. W sumie udało mi się poznać wszystkich liczących się, z których wielu już nie żyje: Yousuf Karsh (1908-2002), Richard Avedon (1923-2004), Horst P.Horst (1906-1999), Arnold Newman (1918-2006), Robert Mapplethorpe (1946-1989), Irwing Penn (ur.1917), Lord Snowdon (ur.1930), David Bailey (ur.1938), Annie Leibovitz (ur.1949). Pamiętam moje zdenerwowanie, kiedy dostałem list od Karsha z Ottawy w Kanadzie, gdzie mieszkał, z wyznaczonym terminem spotkania. List dotarł do mnie dwa dni po czasie, gdyż był strajk poczty kanadyjskiej. W przed dzień drugiego spotkania, które mi Karsh wyznaczył, spadł półmetrowy śnieg, co w Nowym Jorku jest rzadkością. Manhattan był sparaliżowany, musiałem przejśc 40 przecznic na pieszo, ale byłem punktualnie.

- Prowadzi Pan dosyć nietypowy, chyba i uciążliwy, tryb życia. Od wielu lat spędza Pan lato w Polsce, a zimę w Stanach Zjednoczonych, dlaczego?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: To dość trudny sposób życia, biorąc pod uwagę, że w Ameryce mam rodzinę. Trzeba prowadzić dwa domy; rozłąkę łagodzi możliwość komunikacji przez internet. Życie w Ameryce i Polsce to jakby życie w dwóch wymiarach niemal równocześnie, wykorzystujące dwie kultury. Daje to dużo większe możliwości działania i ostrość patrzenia z perspektywy.

- Czy w Stanach pracuje Pan tak samo jak w Polsce? Czy różne światy wymagają różnego stylu?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Podobnie jak w Polsce, pracuję w Ameryce. Z Ameryki wysyłam zdjęcia do Polski, z Polski do Ameryki.

- Co daje Panu amerykańska perspektywa?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Dystans do wielu rzeczy. Aby coś ostrzej zobaczyć trzeba się oddalić. Ma głęboki sens przysłowie – pod latarnią najciemniej. Myślę, że dzięki temu doceniam bardziej, co jest dobre w Ameryce, a co w Polsce.

- Czy najważniejsze artystyczne przedsięwzięcie już Pan zrealizował czy jest ono jeszcze przed Panem?
CZESŁAW CZAPLIŃSKI: Mam masę planów; wśród nich są takie, które dziś wyglądają nierealnie, ze względu na skalę. Ale podobnie było w przeszłości z projektami, które już zrealizowałem.

Dziękuję za rozmowę.

Juliusz Bolek

____________
Juliusz Bolek dziennikarz, publicysta, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny niezależnego pisma artystycznego „Enigma. Ludzie * Sztuka Myśli”, autor książek „Lekarze w walce o zdrowie” i „Adwokaci w walce o sprawiedliwość, wykładowca Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynawowych oraz Wyższej Szkoły Promocji.


Cytaty:

Ryszard Kapuściński ze wstępu do katalogu indywidualnej wystawy Czesława Czaplińskiego w Galerii Zachęta pt. „Twarzą w twarz” (1989 r.):
„W twórczości Czesława Czaplińskiego cenię jej skupioną, skoncentrowaną, refleksyjną powagę. Sztuka wymaga, aby traktować ją serio, sztuka wymaga, aby szanować jej zasady — niezwykła, oryginalna twórczość Czaplińskiego jest potwierdzeniem tej odwiecznej prawdy.
Poznaliśmy się w styczniu 1986 roku, w Nowym Jorku, w czasie światowego zjazdu pisarzy, który zorganizował amerykański PEN-Club. Na sali trwała dyskusja, kiedy podszedł do mnie człowiek z aparatem fotograficznym w ręku (był to Czapliński) i powiedział, że chciałby mi zrobić kilka zdjęć. Dziesiątki ludzi robiło mi zdjęcia, dlatego unikam takich sytuacji jak ognia i w pierwszym odruchu powiedziałem — nie. A jednak w tym samym momencie coś zwróciło moją uwagę w tym człowieku z aparatem w ręku. To mianowicie, że rozmawiając ze mną już pracował, już konstruował swój portret, obmyślał jego wyraz, tonację, jego formę. Dlatego w następnym zdaniu powiedziałem — zgoda. I od razu, w tym samym budynku, na korytarzu, zaczęliśmy pracować (Czapliński zrobił wówczas portret, który obiegł świat).
Praca z Czaplińskim jest źródłem prawdziwej przyjemności i satysfakcji. Istnieją fotograficy, którzy uważają, że portret musi być „żywy” i że osiąga się to przez ruchliwość rysów, przez rozbiegany wzrok, przez zaskakującą gestykulację. Ci fotograficy, w czasie pracy nad portretem zabawiają człowieka rozmową, opowiadają dowcipy, ciągle go o coś pytają — słowem, nieustannie rozpraszają go, nie pozwalając mu się skupić, wejść w siebie (co jest zawsze trudnym procesem psychologicznym wymagającym czasu i spokoju). Oczywiście, taki portret może być żywy, ale nie będzie w nim głębi, nie będzie tego, co aktorzy teatralni określają jako wnętrze. Do tego wnętrza trzeba się bowiem dostać, trzeba się przebić, a to można osiągnąć tylko w poważnym, wspólnym wysiłku twórcy i jego modela. I tak właśnie pracuje — a chcę tu świadomie użyć określenia tworzy — Czesław Czapliński.
Jest i malarzem, i psychologiem, jest artystą uważnym i wrażliwym, jest talentem, którego owoce posiadają cechy prawdziwych owoców naszej ziemi — świeżość, soczystość i barwę”.
  
Ryszard Kapuściński 1986, 1989  fot.Cz.Czapliński

Jerzy Kosiński esej pt. „Jak fotogeniczne musi być moje Ja?” z albumu ”Twarzą w twarz” (Wydawnictwo Reprint, 1991) :
“Każde pokolenie ma taką definicję człowieka, na jaką sobie zasłużyło” – napisał Abraham Joshua Heschel w Who is Man? (1965). Można to sparafrazować: każde pokolenie zasłużyło sobie na swój portret. Siedzą sobie nieruchomo, podkreślam: nieruchomo, a nie sztywno czy bez życia, czekając aż sfotografuje mnie Czesław Czapliński, jeden z portrecistów, którzy zasłynęli w ostatnim dziesięcioleciu dzięki utrwaleniu na zdjęciach wszystkich znanych, sławnych i najbardziej interesujących twarzy świata: ślicznej Catherine Deneuve i pogrążonego w myślach Avedona, uśmiechniętego Josepha Brodsky’ego i zamyślonego Liberace.
Tak się zdarzyło – a nie jest to dziełem przypadku, ale rezultatem świadomego filozoficznego zamysłu, że Czapliński jest (bodaj) jedynym spośród fotografów koncentrujących się na ekspresji twarzy ludzkiej, który zdaje sobie sprawę z tego, że zbliżenie umieszczone w kadrze także jego samego.
—    Czy mam pozować? — zapytałem, gdy Czapliński zaczął ustawiać ostrość na mojej twarzy.
—    Pozować? Odpowiedział fleszując uśmiechem i silną lampą.
—    Na przykład na koniu, jak królowa Wiktoria. Jej ulubiony fotograf, George W. Wilson, sportretował ją na jednym zdjęciu z chłopcem stojącym w szkockiej spódniczce i ręką na chrapniku jej konia.
—    A czy i pana nie przyłapano w pozie kawalerzysty, twarzą w twarz z beztwarzą masą czytelniczą, z półnagim torsem, nie twarzą? — Czapliński odrzucił swój pomysł i wykonał całą serię zdjęć  z jednego obrotu.
—    A może pozował inaczej? — zmieniłem soczewkę mózgową, odsuwając się jednocześnie od aparatu. — Tak jak pisarze pozują swym ulubionym fotografom. Jak Scott F.Fitzgerald pozował Nikolasowi Murayowi ze wzrokiem utkwionym w niezapisaną kartkę. Jak bardzo brodaty D.H.Lawrence pozował Irvingowi Pennowi. Jak Christopher Isherwood z wyciągniętą ręką usiłował się wymknąć George’owi Plattowi. Jak Truman Capote pokazywał Andy’emu Warholowi swoją, krwawiącą jeszcze bliznę po operacji plastycznej. Albo jak niektórzy znajomi pisarze pozują mnie, swemu ulubionemu fotografowi — powiedziałem, przypominając w ten sposób Czaplińskiemu, że poza pisarstwem wypowiadam się także poprzez sztukę fotografii.
—    Wiem, o co panu chodzi, ale ja tak nie patrzę na pana — odpowiedział Czapliński zmieniając ustawienie świateł.
—    A może powinienem patrzeć w dal, jak Cocteau na zdjęciach Gisele Freude? — zapytałem wiercąc się na krześle i rozmyślając nad tym, czym jest dla mnie moje własne istnienie? Czemu stawiam czoło, gdy tak rozmyślam o moim byciu tu i teraz? Takie są wszechogarniające imponderabilia sforumułowane przez mego żydowsko-amerykańskiego guru Abrahama Joshuę Heschela.
—    Proszę patrzeć w głąb swojego Ja patrząc w aparat — powiedział Czapliński szukając w torbie innego obiektywu.
—    Moje Ja nie jest na tyle szczególne, żeby się w nie wpatrywać — powiedziałem enigmatycznie. Jestem przecież powieściopisarzem. Pisarz bez przerwy aranżuje konfrontacje między swoim ustawionym w bojowym szyku bohaterem, a coraz to nową persona.
—    W tej konfrontacji chcę pana uchwycić, jakim  pan jest naprawdę. Pana, nie pańską personę — powiedział Czapliński montując nowy obiektyw.
—    Więc może powinienem wystąpić, powiedzmy ,w kusym stroju do gry w polo albo za obszernej kurtce narciarskiej?
—    Powinien pan wystąpić w wyrazie twarzy, który ujawnia pańskie nagie Ja. Powinien pan być piórem nad piórami, które służy swojemu Ja i stowarzyszeniu PEN. Czy Chance z Being There (Wystarczy być) nie powiedział: “lubię się przyglądać?” Więc niech się pan przygląda. Niech się pan przygląda swojemu Ja.
—    Kwestia “Lubię się przyglądać” — to hołd, który moje pisarskie Ja złożyło obrazom — powiedziałem zerkając w głąb swojego Ja. Przecież od stwierdzenia, że na początku było słowo, powtarzam: słowo, nie obraz, to właśnie obraz potrzebował czegoś, na czym mógłby się wesprzeć. A kto ma do tego zadania lepsze kwalifikacje niż pisarz? — machnęłem piórem w stronę Czaplińskiego. — Był to także hołd złożony Abrahamowi Joshui Heschelowi, który powiedział: “Jestem tym, co widzę”. Rozumie pan, nie powiedział: “widzę, czym jestem”. Na pewno nie wtedy, kiedy patrzę w głąb swojej camery obscury — powiedziałem uśmiechając się do camery lucidy Czaplińskiego.
—    Nie ma problemu — pospieszył z odpowiedzią Czapliński fotografując mnie z profilu. — Czy Heschel, pański ulubiony myśliciel, nie powiedział: “Do człowieka można podejść i obejrzeć go na dwa sposoby , od wewnątrz i od zewnątrz. Od wenątrz widzi się siebie, tu i teraz; od zewnątrz wychodzi się na spotkanie współczłowiekowi — tam?” — Czapliński sprytnie uprzedził mój następny argument.
—    Tak — zgodziłem się. —Ale skąd wiadomo, czy moje Ja nie jest jak Imp of the Perverse (Duch przekory) Poe’go? Rodem z Poe’go i rodem z Polski? Czy inwencja literacka — ciągnęłem — nie czyni z powieściopisarza mistrza pozorów?
—    Tak i nie — odpowiedział Czapliński zwiększając szybkość migawki. Przypominam sobie, co pan mówił o różnicach między fikcją a fotografią, — I zacytował dosłownie z pamięci, co wydrukowano w American Photographer.
—    Czy w takim razie, zamiast zalewać światłem każdą moją zmarszczkę, każdy mój siwy albo wypadający włos, nie byłoby lepiej fotografować mnie gdzieś między Jądrem ciemności Conrada, a Ciemnością w południe Koestlera? Jak pan myśli, Czap? Czyżby pan naprawdę uwierzył, że którykolwik z nas może uchwycić prawdziwe ludzkie Ja za pomocą fikcji literackiej albo automatycznej ogniskowej — zawhałem się przed zadaniem pytania, które mnie samego przyprawiało o wahanie, kiedy mi je zadawano.
—    Czy to możliwe? — zawahał się jak ja.
—    Sądze, że tak — odpowiedziałem wkładając maskę, którą właśnie wymyśliłem. — Czy Ja nie jest szczeliną migawki? Szczeliną zaskoczoną podczas chwileczki autoekspozycji? — ośmieliłem się zaproponować Czaplińskiemu, gdy ten ledwo dostrzegalnym ruchem palca zamknął aparat na głębię mojego JA.
   
Jerzy Kosiński 1987 Nowy Jork

Andrzej Brycht, Populacja Czesława Czaplińskiego, „Odgłosy“  (nr 28/1632, 9 VII 1989):
„…Czesław Czapliński podchodzi bliżej do człowieka, ale dopiero wtedy, kiedy z jakiegoś swojego niewidzialnego drzewa naprzyglądał się obiektowi do woli. Zeskakuje z drzewa widząc dokładnie, co się da z człowieka wyciągnąć, co trzeba wyciągnąć nawet wbrew jego woli. Fotografia ma to do siebie, że potrafi zmusić człowieka, jak doskonały sędzia śledczy, do przyznania się wbrew zamierzeniom. Przyznania się — ale do czego? Każdy z nas chowa w sobie coś, do czego nie chciałby się przyznać. Coś, o czym może sam nie wie, a to coś jest właśnie motorem jego działania, napędem jego życia. Aparat fotograficzny psychoanalitykiem? Owszem, ale tylko wtedy, kiedy za skomplikowaną konstrukcją precyzyjnie szlifowanych szkieł stoi człowiek, potrafiący posługiwać się ciemną tuleją obiektywu jak echosondą.
    Czesław Czapliński potrafi do dna człowieka zmierzyć jego głębię. Podejmuje się zresztą zadania niesłychanie trudnego: fotografuje ludzi, o których wiadomo, że są głębocy, ludzi, z których każdy od wielu lat, a nieraz i od wielu dziesiątków lat, jest fotografowanych przez zawodowców różnej rangi, niekiedy przez zawodowców, którzy mogą nosić miano artysty. Czapliński miał do pokonania największą przeszkodę, nim przystąpił do swego zadania: musiał pokonać siebie, swoją słabość, niewiarę we własne siły. Ileż bowiem razy fotografowana była Jane Fonda? Ile razy reprodukowano w milionach egzemplarzy znakomite fotosy Jessye Norman, Waltera Cronkite'a czy Petera Jenningsa? Pośród ludzi, których fotografuje Czesław Czapliński, są tacy, których zdjęcia widziałem na okładce magazynu "Time" już dwadzieścia lat temu, a trzeba wiedzieć, że "Time" ma nakład pięciomilionowy, przy czym okładkę bez wątpienia widzi sto milionów ludzi. I oto Czesław Czapliński wkracza w te zastrzeżone dla najlepszych rewiry. (...)
    Czesław Czapliński w każdym ze swoich portretów wkłada ogromny ładunek psychicznego napięcia, własnej przenikliwości. Nie trzeba mówić ile frustracji przysparza samo ustawienie sławnej osoby na sesję zdjęciową, nie jest to łatwe, pamiętajmy, że większość z tych ludzi ma kalendarz zamknięty na wiele lat naprzód, co do minuty. Ich czas jest drogi, bardzo drogi — czas znanej aktorki to tysiące dolarów podczas jednej godziny. Tyle też wart jest jej wypoczynek — i właśnie ten wypoczynek zamienia Czapliński tym ludziom w seans uciążliwej pracy.
    Nie wiem, jak on to robi z innymi — ale kiedy fotografował mnie, obserwowałem go tak uważnie, jak on obserwował moje poruszenia i zmiany wyrazu twarzy. Wiem, że był tam ze mną, ale wiem też, że wcale go tam nie było. Pozornie przez cały czas rozmawialiśmy — ale jego pytania czy odpowiedzi dochodziły jak gdyby gdzieś spoza naszej sytuacji, jak z nagranej taśmy. Czapliński prawdopodobnie ukrył się na te dwie godziny we wnętrzu swojego aparatu i tam odprawiał swoje czary.
    Uważam, że zrobił mi serię najlepszych zdjęć, jakie zdarzyło mi się mieć w życiu…“
 
   
Hanna Bałtyń „Tygodnik Kulturalny“ (19 II 1989):
„…Fotogramy Czesława Czaplińskiego - polskiego fotografika, który zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych - zgromadzone na ekspozycji zatytułowanej "Twarzą w twarz", wzbudziły sensację.(...)
    Przyjmując z góry rolę niewiernego Tomasza, byłam jako widz nastawiona raczej sceptycznie. Tymczasem już pierwsza ściana jednej z dwu sal przeznaczonych na ekspozycję zdjęć, rzuca na kolana. Ludzie stoją całymi minutami, wgapiają się, komentują. Nie ma na tej wystawie ludzi nieznanych. Tych, których fotografuje Czapliński, znamy wszyscy i to nie od dziś. Sam Czapliński wybiera sobie zresztą takie metiér. Więc znamy ich, a jednak patrzymy jak na rewelację? Tak. To są rewelacje.(...)
    Tak, Czapliński to obserwator niepospolity. Obserwator zmarszczek Raquel Welch i stresów Kaliny Jędrusik, smutku Jane Fondy i niepokoju Beaty Tyszkiewicz.(...)
    Każdy tu ma to, na co zasłużył, a niekoniecznie to, co chciałby pokazać. Imponująca jest przenikliwość artysty wobec modela i tegoż modela negliż.(...)
    Prawda bywa bezlitosna, bywa okrutna, bywa ohydna. Czapliński posługuje się zawsze prawdą, nie lakieruje modeli, nie daje im forów. A mimo to one godzą się na to "rozebranie", na to niezamierzone obnażenie. Dlaczego? Bo te złowrogie zabiegi są świadectwem wielkiej sztuki, artyzmu, tak rzadkiego w naszych stechnicyzowanych, skomercjalizowanych czasach. Więc obiekty "firmy portretowej" Czaplińskiego godzą się na prawdę, bo siła prawdy jest obezwładniająca. A tylko prawdę Czapliński ma na sprzedaż. Dzięki prawdzie zrobił karierę. I za tą prawdę należy mu się reklama i rozgłos…“.
   
Elżbieta Szafrańska, „Kronika towarzyska“ Czesława Czaplińskiego, „Krajowa Agencja Informacyjna“ (nr 3/1470, 17-23 I 1989):
„…To, że w ciągu jednego wieczora można stanąć twarzą w twarz z Josephem Brodskim, Jane Fondą, Wojciechem Fangorem, Witoldem Lutosławskim i innymi wielkimi świata - to zasługa polskiego artysty fotografika - Czesława Czaplińskiego. Dwieście portretów 150 osób ze sceny politycznej, kulturalnej, sportowej, w tym 50 Amerykanów, 50 Polaków mieszkających za granicą i 50 - w Polsce, same znane nazwiska, a nie zawsze znane twarze, oglądają w pełnym świetle reflektorów goście warszawskiej "Zachęty". "Twarzą w twarz", bo taka jest nazwa otwartej właśnie w tej prestiżowej galerii, wystawy rozpoczyna jubileuszowy rok 150-lecia fotografii.
    Co sprawiło, że prace Czaplińskiego wybrano na rozpoczęcie jubileuszu? Może to, że jest inny od innych, "groźny artysta w swej sztuce. Pokazuje twarz człowieka taką jaka jest: maska „persona”, wyżłobiona przez czas i społeczeństwo, z naturalnej twarzy człowieka..." mówi o jego fotografii pisarz Jerzy Kosiński. A oto co sam autor pisze o swojej twórczości: "...oszczędność środków wyrazu, prostota i syntetyczność w wyborze i ujęciu motywów - to główne elementy moich zdjęć. W portrecie najważniejsza jest dla mnie twarz... jest odbiciem całego życia". (...)
    Dla rodaków po obu stronach oceanu jest polskim artystą, który jako pierwszy na skalę międzynarodową otworzył światową "kronikę towarzyską", w jakiej Polacy też mają swoje miejsce…“.
   
Jacek Werbanowski „Warszawski Informator Kulturalny“  (nr 2/374, 21 I – 3 II 1989):
„…Filozofia jego działalności sprowadza się do banalnego z pozoru stwierdzenia, że fotografia jako jedna ze sztuk wizualnych musi przemawiać obrazem. Mówiąc inaczej, jest tyle warta, ile można na niej zobaczyć. (...)
    Niektórzy z nich używają tych portretów do reprezentowania siebie na zewnątrz. Zdarzają się jednak i tacy, którzy ich nie lubią a czasami wręcz nienawidzą. Jednak nawet postronnemu widzowi nie sposób przejść obok nich bez zainteresowania…“.
   
IBIS „Życie Warszawy“ (19 I 1989):
„…Czapliński jest absolutnie bezwzględny. Potrafi swojego modela tak obnażyć, że wiemy nie tylko, ile ten człowiek ma lat, co jadł dzisiaj na obiad, ale i o czym w danej chwili myśli. Więcej. Można z tych zdjęć odczytać nawet, kogo fotografujący lubi a kogo nie. Fotografowany jest prześwietlany obiektywem na wylot. (...)
    Odnoszę wrażenie, że studiując fotografowanego, wie z góry, jaki on jest i określa swoją sympatię, swój stosunek do niego. Nie upiększa i nie ukrywa. Przeciwnie: eksponuje i wyolbrzymia to co w człowieku charakterystycznego. Potrafi nawet być brutalny i okrutny (np. fotografując Witolda Dederkę). Owszem, czasami stosuje wieloznaczność lub niedopowiedzenie, jednak woli bezpośredniość. Widać nie ma kompleksów…“.
   
Maciej Maciejewski „Dziennik Łódzki“  (1991):
„…Czesław Czapliński mieści się w tradycji wielkich amerykańskich portrecistów, choć daleki jest od cynicznego "odzierania ze skóry" Richarda Avedona. W przeciwieństwie do Yousufa Karsha nie aranżuje światłem, nie "bawi się w studio" i w odróżnieniu od Arnolda Newmana, nie przecenia wagi rekwizytu…“.
   
Hanna Faryna-Paszkiewicz „Gazeta Wyborcza“ (11-12 IV 1992):
„…Mina uchwycona nie w porę, nie tak eksponowane oczy czy profil, zbyt wyraziste zmarszczki, cera daleka od reklamy kosmetyków - nie akceptujemy takich własnych wizerunków. Chowamy je głęboko. Jak zatem odbierać obiektywny, często bezduszny, obraz relacjonujący to, co postrzega aparat? O co chodzi Czesławowi Czaplińskiemu - artyście fotografikowi, gdy tak otwarcie, bezpardonowo wręcz zmaga się z obiektem? A są nim tylko twarze: sto portretów w ujęciach bardzo zbliżonych, demaskatorskich, brzydkich i pociągających jednocześnie. Czapliński zadziwia z paru powodów: odziera z narcyzmu bohaterów swoich fotogramów, w zamian dając im dużo więcej: przekazuje prawdę ich wizerunku, sięga ku warstwom najczęściej niewidzialnym. Jest najdalszy od idealizowania, choć jego bohaterowie są zawsze ludźmi nieprzeciętnymi, ale czy wolnymi od kompleksów i zahamowań? Czapliński nie jest Zofią Nasierowską. Usiłuje dotrzeć do zakamarków wnętrza modela, tego mrocznego, a więc nęcącego i twórcę, i obiekt fotografowany. Wizerunki znanych kobiet i mężczyzn - najbliższe psychologicznemu portretowi, mistrzowsko kadrowane…“.

Anna Jankiewicz „Enigma” (nr 18 1992):
„…Prócz czystej poezji to znaczy takiej w pełnym i jasnym tego określenia znaczenia, jest jeszcze coś więcej. Jest poezja obrazów malarzy, jest poezja muzyki kompozytorów i jest poezja zdjęć fotografików. Tak jak w przypadku prac fotografika Czesława Czaplińskiego, którego uważam za wspaniałego poetę. Niedokończone uśmiechy, zawieszony wzrok, uchwycone gdzieś nagle w powietrzu spojrzenia, może radosne, może smutne twarze, podobnie jak na wierszu możemy budoważ konstrukcje własnej wyobraźni, poznawać ludzi dla siebie, dla swoich własnych uczuć i refleksji.
    Album "Twarzą w twarz" Czesława Czaplińskiego, to tomik, a właściwie tom dobrej poezji. Autor prezentowanych w nim zdjęć tworzy wspaniałe liryki, zamienia nawet czasami twarze swych bohaterów w opowiadania. Fotografik potrafi bardzo wiele "wydobyć" z ludzkiego nosa, z oczu, ust, policzków, brwi... wydobywa z ciała duszę, która wychodzi na spotkanie tak bardzo nagle i na tak bardzo krótko... zaledwie na jeden "pstryk". Ale ten "pstryk", ta zatrzymana, "przyłapana" na gorącym uczynku dusza nie ucieka tak szybko. żyje w zdjęciach Czaplińskiego, w jego doskonałym albumie…”.
   

O portretach Czesława Czaplińskiego m.in. mówili:

Najlepsze zdjęcie jakie kiedykolwiek miałem zrobione i odzwierciedlające mnie najkorzystniej.      
    —William Styron, pisarz  

Tak się złożyło, w czym sporą rolę odegrał mój potężny nos, że byłem jedną z osób prywatnych w Polsce obfotografowanych najczęściej. Ale w tej plejadzie zdjęć portret zrobiny przez Pana jest najlepszy. Fotograf może postawić sobie dwa zadania: utrwalić jak najudatniej zewnętrzne podobieństwo modela i - cel ambitniejszy - przenieść na fotografię jego osobowość psychofizyczną. Panu jedno i drugie powiodło się znakomicie.      
    —Jerzy Waldorff, krytyk muzyczny 
 
Pana sztuka jest magią, ponieważ wychodzi daleko poza wrażliwość pięciu zmysłów. Mówimy więc o jakimś nieokreślonym szóstym zmyśle ludzi utalentowanych. W przypadku jednak sztuki fotografii potrzebny jest jeszcze siódmy zmysł, wyczucie tego ułamka sekundy w ktorym ludzie, zwierzęta, przedmioty, żywioły ukazują swoją niepowtarzalność. To zatrzymanie czasu jest  błyskawiczne, niepowtarzalne i niemożliwe do poprawienia, jak w innych rodzajach sztuki. Jest to dokumentacja artystyczna naszych i przyszłych czasów, zrodzona w XIX-ym wieku. To bardzo wzbogaca naszą historię i  naszą historyczną wyobraźnię. Jako koronikarz ONZ mam szczególną sympatię dla tej dziedziny sztuki.      
    —Edmund Jan Osmańczyk, publicysta

 Wspaniałe zdjęcie.      
    —Joseph Brodski, poeta, laureat Nagrody Nobla          

Wydaje mi się, że złapał Pan moją stronę widzianą przez niewielu... w zamyślonym, prawie smutnym momencie. Tak wielu fotografów zapomina spróbować i uchwycić prawdziwą duszę ludzką.      
    —Linda D.Blair, aktorka

‘Wonderful picture’ /wspaniałe zdjęcie/ powiedział Joseph Brodsky, pisarz, noblista o fotografii Czesława Czaplińskiego. Ja mógłbym powiedzieć po polsku ‘rzetelna fotografia’. I nie czułbym potrzeby komentowania sądu lub mnożenia superlatywów. Myślę, że jest to właściwe słowo, określające i metodę i jakość. Ludzie patrzą na siebie sfotografowanego i przymierzają  podobiznę do swoich pojęć i życzeń. Jest to i pozostanie bardzo intymna autointerpretacja osoby własnej. Niewielu fotografowanych rozumie proces fotografowania, zna możliwości aparatów i trud wyborów. Pracując od dzieciństwa w materii sztuk wizualnych i znając z autopsji także, wiele przykładów przerostu aspiracji wobec możliwości i potrzeb, zbędnych stylizacji i udziwnień, zapożyczeń i fałszerstw, cenię coraz bardziej rzeczową  rzetelność, oszczędność środków, powagę i powściągliwość wobec  zaciemniającej lub niszczącej temat dominacji ekspresji subiektywnej. Z zawodowym szacunkiem dostrzegam to w fotografiach Czesława Czaplińskiego.      
    —Andrzej Strumiłło, malarz, fotograf 

Osiągnął Pan umiejętność fotografowania prostoty. To jest najtrudniejsze. Pana portrety są zupełnie pozbawione jakichkolwiek efektów. To, co ja najbardziej cenię i do czego dochodzi się po wielu latach      
    —Benedykt Jerzy Dorys, fotograf 

Patrząc na swoją podobiznę fotograficzną doznaję podobnego wrażenia jak słuchanie swego głosu nagranego na taśmie. Rozumowo wiem, że to jestem ja, ale uczucie i instynkt mówią, że nie, że to ktoś inny. Może kuzyn, bo podobny do ojca lub ciotki. Tak jest chyba dlatego, że siebie ma się, słyszy i widzi od wewnątrz. Wszystkich innych od zewnątrz. Na nagrany dźwięk i rytm głosu - nie ma rady, ale w portrecie interweniuje pośrednik. Jakość obrazu zależy od stopnia w jakim artyście udało się powiązać i zbliżyć widzenie zewnętrzne z widzeniem wewnętrznym. Oglądając swój fotoportret wykonany przez Czesława Czaplińskiego wydaje mi się, że zdołał on zredukować dychotomię tych sprzecznych odczuć do minimum.      
    —Wojciech Fangor, malarz
 
Fotografie nie upiększają, zadawalając równocześnie wymogi próżności.
    —Alex Katz, malarz

Zapomniałem o tym zdjęciu zrobionym przez Czesława zaraz po moim przyjeździe do Stanów. To nie był najprzyjemniejszy moment w moim życiu. Wszystko wyszło na fotografii: niepewność, samotność i może jeszcze trochę nadziei.      
    —Janusz Głowacki, pisarz, dramatopisarz

Kiedy oglądam zdjęcia - jakiekolwiek zdjęcia - myślę przede wszystkim o upływie czasu. O tym jak się postarzałam od poprzedniego zdjęcia. Chyba nie ma człowieka, który o tym nie myśli. Ale kiedy oglądam zdjęcia Czesława Czaplińskiego widzę coś znacznie więcej: widzę siebię w pejzażu, widzę izolację, lub ufność w stosunku do pejzażu, lub zachwyt, nawet. Samopoczucie w pejzażu: na warszawskim rynku. Na spacerze nad Wisłą. Raz nawet, jak się zdaje, biję pejzażowi brawo. Druga rzecz: widać nieraz na tych zdjęciach stosunek ‘obiektu’ do fotografującego. Jest kontakt. Sympatia. I to się chyba potem ‘przerzuca’ na tych, którzy później na nasze zdjęcia patrzą: czytelników pism, ‘oglądaczy wystaw’, znajomych i nieznajomych. To ważne.      
    —Agnieszka Osiecka, pisarka 

Nie znam nikogo kto tak jak Czapliński potrafi portretować duszę człowieka. Powiedział Norwid o muzyce Chopina: "Umiał zbierać kwiaty polne puchu ani rosy z nich nie otrząsając..." Słowa Norwida chciałbym zadedykować Panu i Jego wielkiej sztuce.
    —Jerzy Antczak, reżyser



 
   powrót